Od najmłodszych lat, oglądając z daleka to stare liceum, zarzekałam się, że nigdy tam nie pójdę. Wydawało mi się jakieś takie przygnębiające mimo, że z zewnątrz wyglądało nawet schludnie. Ach te półksiężyce będą mi się do końca życia śnić :P Teraz już wiem, że moje przeczucia nie były dalekie od rzeczywistości. Ten cały cyrk z zapisami, to były ewidentne znaki, aby się tam nie wybierać. A najlepiej omijać tę szkołę szerokim łukiem. Życie mówiło mi: "Nie idź tam!". Ale ja się uparłam i w efekcie do dzisiaj, gdy przejeżdżam koło swojego liceum, mimo wszystko odwracam wzrok.

Pierwszy apel w nowej szkole zawsze jest czymś co przeraża. Nowi znajomi, nauczyciele, brak orientacji w nowym budynku. Dodatkowo ta przytłaczająca świadomość, że trzeba zrobić dobre wrażenie licząc, że może w tej szkole los się odmieni i wreszcie będzie tak jak być powinno. Mnie w pierwszej klasie liceum udało się zrobić dobre wrażenie. Niestety wybór osoby, z którą miałam siedzieć i miejsca był jednym z najgorszych, jakie mogłam podjąć. W późniejszym czasie dziewczyna okazała się osobą niegodną zaufania i tak przez wszystkie późniejsze lata siedziałam sama. A samo liceum było traumatycznym i przygnębiającym doświadczeniem. Teraz już wiem, że był to wynik moich przekonań. Jednak przewrotnie wiele mnie to nauczyło i dało cenną lekcję... życiową :)

Po co dźwigasz ten 50 kg plecak ze sobą? 


Morał historii: Gdyby nie przesadnie ambitni nauczyciele, wredni i egoistyczni uczniowie*, masa nauki i innych przeciwności związanych ze szkołą, nigdy nie byłabym szczęśliwa. Tak, dobrze czytacie. Na pierwszy rzut oka niesamowicie przewrotna teza, ale prawdziwa. Dlaczego? O tym w dalszej części.

*aby być fair powiem nie wszyscy, ale jest to większa grupa, którą zdecydowanie najbardziej pamiętam. Były osoby, które rzeczywiście lubiłam i do tej pory miło wspominam oraz takie, z którymi się rozmawiało, ale po szkole drogi się rozchodziły. I nieliczne przypadki, które uważałam za bliższe przyjaźnie. Jednak czas weryfikował wszystko. Tak więc gdy zajmowano mi bezprawnie miejsce w ławce twierdząc, że mam sobie znaleźć inne, bo tak... to nikt się nie pofatygował i nie stanął w mojej obronie mimo, że zawsze byłam miła dla ludzi. Sama musiałam sobie radzić. Nie miałam wsparcia i o to miałam kiedyś największe pretensje.*

Ponieważ te wszystkie negatywne sytuacje i ich kumulacja zwróciły mi uwagę na pewne rzeczy (przepracowanie ich było jedną z najlepszych rzeczy, jakie udało mi się zrobić), z których nie do końca zdawałam sobie sprawy. Jakby ktoś nagle szturchnął mnie w ramię i spytał: Po co dźwigasz ten 50 kg plecak ze sobą? Plecak pełen negatywnych emocji, z którymi nigdy wcześniej się nie potrafiłam się zmierzyć. Wolałam ich nie dostrzegać, bo nie byłam dość silna (tak mi się wydawało) i co gorsze nie wiedziałam, jak zrzucić ten niepotrzebny balast. W efekcie nagromadziło się go tyle, że pozostał mi wybór: Czy uporać się z tym teraz i wreszcie zacząć prawdziwie żyć? Czy przez resztę lat rozklejać się na myśl o przeszłości, o tym co kto mi zrobił i jak się zachował. Mieć poczucie zranienia, skrzywdzenia i innych negatywnych emocji, które skutecznie potrafią uprzykrzyć człowiekowi życie. Przepracowałam znaczną część z nich, wybaczyłam i w efekcie uwolniłam się do nich na zawsze, i odetchnęłam pełną piersią.

Impuls do działania


Gdyby nie ten przysłowiowy impuls do działania nie zaczęłabym prawdziwie żyć. Czyli? Robić rzeczy, które mnie prawdziwie cieszą, otaczać się ludźmi, których lubię. Jak coś mi nie pasuje, to nie bać się tego zmienić, być asertywnym człowiekiem i ogólnie cieszyć się życiem na każdym kroku ^^. Jakbym znalazła swoją wersję płynnego szczęścia, zamiast kraść ją z sagi o Harrym Potterze. Jednym zdaniem: poznałam siebie lepiej niż kiedykolwiek wcześniej... Świadomość, co prawdziwie cieszy, jest jedną z najcenniejszych jakie można zdobyć :)

Zmiana szkoły = kryzys wieku średniego?


Być może pójście do innej szkoły zmieniłoby moje życie na tyle, że nie siedziałabym teraz pisząc bloga, który mógłby nigdy nie powstać. Nigdy nie pojawiłabym się na Twitch'u i w innych miejscach. Nigdy nie zaczęłabym robić rzeczy, które mnie ciekawią, pasjonują, nie wiedziałabym czego chcę od życia, nie zaczęłabym prawdziwie szczęśliwie żyć. Dlaczego? Bo zwyczajnie nie miałabym czasu, aby się tego dowiedzieć. Pognałabym w świat, budząc się w wieku lat 45-ciu ze studiami skończonymi na takiej uczelni, która zadowoli rodzinę, z pracą, której tak naprawdę nie lubię, z kryzysem i świadomością, że nie przeżyłam życia po swojemu... (że zmarnowałam tyle czasu na bycie taką, jaką inni chcieliby mnie widzieć zamiast żyć po swojemu i robić to, na co sama mam ochotę). I 45-letnim bagażem emocji wywodzących się z dzieciństwa przez szkołę i Bóg wie co jeszcze. Bez uprzedzeń. Po prostu zwykle w tym wieku ludzie budzą się z przysłowiowego snu zimowego i zaczynają widzieć pewne rzeczy.

 
Co sprawia, że jesteś szczęśliwy? :)


~~ Estetka ~~

4 komentarzy:

  1. Moje liceum - czyli te, które wybrałam w tym roku jak na razie zrobiło na mnie pozytywne wrażenie.
    Ku zdziwieniu się tam odnalazłam.
    Oby tak dalej. ;3

    A co do notki - bardzo ciekawa i dała mi do myślenia. Dziękuję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Super. Mam nadzieję, że z każdym dniem to wrażenie będzie się pogłębiać i znajdziesz w szkole wiele miłych osób. Trzymam kciuki i pozdrawiam :)

      Usuń
  2. no cóż, moje liceum to całkiem fajne miejsce, tyle że pełne samotnych snujących się i pozostających cieniu osób ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powiadasz samotne i snujące się osoby...czasami niewiele potrzeba, żeby zachęcić je do otwarcia się. Dać im po prostu szansę. Może się okazać, że są to całkiem fajni i ciekawi ludzie.

      Pozdrawiam :)

      Usuń

Spodobał Ci się post? A może chcesz coś dodać? Zapraszam do napisania komentarza
✔ Komentarze są moderowane (wyświetlą się po zatwierdzeniu)
Jeśli nie masz bloga też możesz napisać komentarz - wybierając z paska opcję: Anonimowy. Dopisz swój nick, wtedy będę wiedziała do kogo się zwracam.