Każdy ma przynajmniej jedną słabość, przedmiot któremu ciężko jest się oprzeć. Jedni palą papierosy, inni grają w kasynie, a ja słucham Arctic Monkeys. To moje niegroźne uzależnienie, którego nigdy sobie nie odmawiam. Zdecydowanie tańsze niż szafa pełna butów od Manolo Blahnik'a czy też torebek Louis'a Vuitton'a ;)

Tym razem porwałam się na coś całkowicie nowego. Będzie to renenzja płyty Arctic Monkeys - "AM".


Co mają w sobie?

Zdecydowanie mają to "coś". Czym dokładnie jest ten tajemniczy składnik, symbol pożądania? Wyjawię po zaserwowaniu kilku podstawowych informacji, dla tych osób, którym nie było dane spotkać ich wcześniej.
Arctic Monkeys jest zespołem dość nietypowym, bo wypromowanym dzięki zaangażowaniu fanów. Brytyjski zespół, zaliczany do muzyki indie-rockowej już we wczesnych latach potrafił zachwycić brzmieniem, zaskarbiając tym samym serca pierwszych fanów. Rozdawane po koncertach demo oczarowało publiczność do tego stopnia, że słuchacze zaczęli publikować ich kawałki na własnych stronach. Stworzyli także zespołowi konto na MySpace, przyczyniając się tym samym do pokazania ich szerszej publiczności. Fani stali się katalizatorem ich kariery... Arctic Monkeys bez wątpienia jest zespołem, który uwodzi na wiele sposobów, ale jeden z nich jest prawdziwym unikatem. Szczególnie zauważalny na starszych płytach zespołu teraz trochę porzucony na rzecz nowszych pomysłów. Nigdy wcześniej ani później nie spotkałam się z takim sposobem śpiewania, jaki przedstawił Alex Turner. Wokalista bez wątpienia ma przyjemny głos, jednak to sposób akcentowania słów ujmuje najbardziej (widać to na przykład w "505"). Niby nic, a jednak. Turner w młodości pracował w barze, gdzie był świadkiem występu lokalnego punkowego poety John'a Cooper'a Clarke'a. Jego występ zachwycił Turnera do tego stopnia, że zaimplementował pewne cechy do własnej twórczości.
"AM" - porywająca, uzależniająca i niebezpieczna?
Okulary? Biustonosz? Nie, to modulacja amplitudy
i o okładka płyty "AM".
Raczej nieznośnie spokojna. Jakby ktoś oderwał im pazur i wyssał całą energię z młodzieńczej piersi. Arctic Monkeys charakteryzowali się zawsze niezwykłą przebojowością. Jedna piosenka słuchana o świcie wystarczyła, aby cały dzień należał do mnie. Właśnie to było ich zadaniem, tego od nich oczekiwałam... że będą porywający, uzależniający i niebezpieczni - jak kiedyś. O ironio! Dostałam płytę, która idealnie nadaje się na romantyczny wieczór we dwoje. 

W internecie można przeczytać wiele opinii ludzi wręcz rozpływających się nad "AM", niczym nad maślanymi bułkami. Głośny chór i chińska terakotowa armia w jednym twierdząca, że jest to najlepszy album w historii Arctic Monkeys. Nie sposób tego nie zauważyć... gdy kilkanaście komentarzy sprowadza się do jednego: ochów i achów, stawiając ten krążek na piedestale. Gdyby album był aż tak wybitny, z pewnością zaliczałabym się do tych zafiksowanych fanów. Jednak nie tym razem. Ich poprzedni "Suck It and See" był pomyłką, dziadostwem, dlatego ten może wydawać się na jego tle przebłyskiem geniuszu. Ma wiele ciekawych i przyjemnych dla ucha kawałków, jednak patrząc całościowo nie wypada już tak kolorowo. Przyćmiewany przez "Humbug" i dwóch pierworodnych. Ich stare albumy "Whatever People Say I Am, That's What I'm Not", "Favourite Worst Nightmare", "Humbug" aż kipiały młodzieńczością i energetyzowały lepiej niż czakram w Krakowie. Natomiast ten momentami kokietuje, szturcha, ale w ogólnym rozrachunku usypia lepiej niż tabletki nasenne. 

Komu przypadnie do gustu?
Osobom nie mającym wcześniej do czynienia z Arctic Monkeys, jak i amatorom spokojniejszych brzmień. Przewrotnie wiele zyskuje słuchany w towarzystwie płci przeciwnej ;)

Dlaczego warto przesłuchać "AM"?
Jedno trzeba przyznać Alexowi - jego zmysł tekściarski jest niesamowity. Nie boi się okazywać emocji i ubierać je w smaczne kąski tekstu, których pozazdrościłby niejeden muzyk. Co ciekawe nie jest przy tym obcesowym macho ani rozchwianą emocjonalnie babką. Lawiruje na zupełnie innej częstotliwości... na własnej planecie Małp, w której to on rozdaje karty. Majstersztyk - tego nie można mu odmówić, nawet tym razem. Warto przesłuchać: "R U Mine?", "Why'd You Only Call Me When You're High?", "One For The Road", "I Wanna Be Yours", No. 1 Party Anthem.



Podsumowanie
Krążek jest przyjemny, jednak zupełnie odmienny od moich oczekiwań. Nauczyciele otrzymujący ciekawą pracę ucznia, jednak napisaną na zupełnie inny temat niż zadany, muszą czuć się podobnie. Nowe pomysły mieszają się z lekkim rozczarowaniem. Gdyby była promowana jako mieszanka Rock + Lounge + Chillout z licznymi niespodziankami, spojrzałabym na nią nieco przychylniejszym okiem. Na koniec - nie będzie bezdusznych cyferek, punktacji albumu i kategorii. Z muzyką jest jak z miłością, nie mierzy się jej na podstawie tabelek zysków i strat.

Poniżej: Cały album Arctic Monkeys - AM


00:00 Do I Wanna Know? 04:32 R U Mine?
07:54 One For The Road 11:20 Arabella
14:47 I Want It All 17:52 No. 1 Party Anthem
21:55 Mad Sounds 25:30 Fireside
28:31 Why'd You Only Call Me When You're High? 31:12 Snap Out Of It
34:25 Knee Socks 38:43 I Wanna Be Yours
Główna strona zespołu - www.arcticmonkeys.com

Nawet jeśli masz inne zdanie... wyraź je :)

~~ Estetka ~~

4 komentarzy:

  1. Wcześniej jakoś o nich nie słyszałam, ale po przesłuchaniu przypadli mi do gustu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co ciekawe Alex brzmi zupełnie inaczej, gdy śpiewa i udziela wywiadów. Ma genialny akcent, dlatego warto go posłuchać także poza sceną. Polecam ;)

      Pozdrawiam :)

      Usuń
  2. Cześć Estetko, dawno się nie widzieliśmy :)
    Nowa płyta AM również i mi przypadła do gustu. Gdy tylko słyszę ich w radiu dłoń automatycznie zmierza w kierunku pokrętła zwiększającego głośność. Brzmienie nowych piosenek, bo w końcu wydanych w 2013r przypomina hity lat 70 co potrafi człowieka porwać w otchłań muzyczną. W podobnym stylu gra Polski "Kim Novak", jednak brytyjskie kapele zawsze będą u mnie stały na piedestale.

    Pozdrawiam,
    Kylu zwany Krzyskiem

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla mnie już od dawna czas biegnie niezwykle szybko, niczym na wyścigach. Dlatego nawet nie jestem w stanie sobie przypomnieć jak dawno.
      Zawsze chciałam, aby Arctic Monkeys wydali więcej "wieczorowych" kawałków. A Jak się pojawiły to marudzę, że nie ma grania w starym stylu. Ironia losu. Co nie zmienia faktu, że płyta sama w sobie jest świetna i zdecydowanie warta zakupu. Zabawne, że ich podróż w lata 70te jest jednocześnie krokiem naprzód... w stronę szerszej publiki. Mam nadzieję, że w kolejnych latach nie zatracą całkowicie swojego charakterystycznego brzmienia - ale to już czas pokaże.
      Całkowicie się zgadzam. Brytyjskie zespoły mają w sobie to "coś". Mimo tego chętnie posłucham czegoś z naszego rodzimego podwórka :)

      Pozdrawiam :)

      Usuń

Spodobał Ci się post? A może chcesz coś dodać? Zapraszam do napisania komentarza
✔ Komentarze są moderowane (wyświetlą się po zatwierdzeniu)
Jeśli nie masz bloga też możesz napisać komentarz - wybierając z paska opcję: Anonimowy. Dopisz swój nick, wtedy będę wiedziała do kogo się zwracam.