Atlantyda – mistyczna kraina, której położenie pozostaje okryte tajemnicą, jak i sam powód kresu cywilizacji. Każdy ma własne teorie. Niektóre z nich potrafią zjeżyć włos na głowie, gdyby okazały się prawdą. Inne bawią i zachęcają do poszukiwania tej zaginionej Arki nie tylko na podstawie zapisków Platona, ale wręcz osobiście.

Jak połączyć tę historię z match 3 i grą zręcznościową, aby ten Frankenstein miał ręce i nogi. Ba, prezentował się elegancko, sprawiając wrażenie inteligenta i świetnego stratega?

W skrócie: Nie zbudujesz totemów, nie zamkniesz małp w klatkach, nie odkryjesz portretów rodzinnych, ale zmierzysz się z osobistym wyzwaniem. Bo fani Jewel Questowych tworów, choć przyzwyczajeni do różnych pomysłów, jak i pogoni za umykającym czasem, stronią od zegarmistrzowskiej precyzji. A "Atlantis: Pearls of the Deep" jest czymś więcej niż typowym match-3, gdzie panicznie zerkasz po ekranie, w poszukiwaniu idealnego combo umożliwiającego przejście do następnej planszy. Owszem, zbijanie elementów Cię nie ominie, ale w jaki sposób to zrobisz i w jakiej kolejności ma niebagatelne znaczenie. Konieczność przewidywania ruchów oprószona elementem zręcznościówki jest nieustającym kompanem, a szybkość i precyzja kluczem do zgarnięcia 3/3 za poziom. Już szczególnie, gdy przechodzi się grę w trybie hardcore *spogląda na siebie*. W dodatku na własne życzenie i z uśmiechem na ustach, bo czemuż by nie :)


Przyznam się bez większego śledztwa, że do zakupu „Atlantis: Pearls of the Deep” skusiły mnie 4 rzeczy. Pierwsza – odgłos zrzucanych pereł w głąb oceanu. Brzmi dziwnie. Jak można na takiej podstawie kupować grę? Odpowiem za chwilę. Druga – miła dla oka grafika obiecująca odpowiednie wrażenia estetyczne. Trzecia – głód na gry logiczne. Czwarta przywodząca na myśl przystawkę w restauracji. Bardzo dobra, ale strasznie jej mało. Pachinko w nieco zmodyfikowanej wersji.

Pachinko jest niepozorną grą, mogącą okazać się dla Estetki krokiem w stronę hazardu. Jestem święcie przekonana, że podczas pobytu w Japonii mogłabym się od niej nieźle uzależnić. Jedni ludzie przykuwają się do drzew w ramach protestu, w moim przypadku byłaby to nieco bardziej oryginalna akcja pod tytułem „muszę się odkuć” jak i „nikt mnie stąd nie ruszy” z automatem w tle. Zawsze jakaś egzotyczna odmiana. Można podciągnąć pod dumne określenie zwiedzanie świata hahaha :D :P

Wielu z Was pojęcia nie ma, czym jest Pachinko. Pomysł jest w nim wręcz banalny. Blaszane pudło. Metalowe pręty i kulki obijające się o nie i zmieniające tysiąc razy swój kierunek, aby wreszcie trafić do odpowiedniej kieszeni, narażając gracza na przegraną lub chwałę i radość. Cudowności^^. Oglądany pewnego razu film stał się przyczyną moich bezsennych nocy i marzeń na jawie, jakoby w moim pokoju taki wynalazek z kraju kwitnącej wiśni znalazł swoje miejsce. Ciesząc o wiele bardziej niż tajemniczy wielbiciel wyskakujący z tortu na urodzinowej imprezie. Pachinko = pixele = pistacje – można kupować w ciemno na kilogramy i kilobajty ;D

Mnie urzekła bardzo prosta dwukolorowa wersja bez obecnych udziwnień w stylu oczopląs. Wprawdzie screen gry, ale coś w ten deseń)

Pssst. Perły są na łzy, więc kupowanie ich kobiecie jest strzałem w stopę.


Wracając do pierwszego powodu. Zakup na podstawie suchych cyferek miałby być rozsądniejszy i lepszy? Dobre sobie :P Może nie jest to dźwięk zaliczający się do mojego top 10, ale ma w sobie coś intrygującego, co słucha się z ochotą. Nieco ostry i głuchy, metaliczny, ale na swój sposób urzekający. No cóż. Zauroczeń się nie wybiera. I właśnie można się nimi sugerować. A nawet powinno! Ludzie często nie dają sobie szansy na zagranie w grę, która zachwyciła nawet drobnostką, bo super hiper krytyk spojrzał okiem Saurona i odradził wybór. Cyferki, statystyki i… początkowa radość znika, więdnie jak oblany kwasem kwiatek. Wiesz coś o tym? No właśnie. Drobiazgi mogą pozytywnie zaskakiwać przynosząc wiele radości lub okazywać się niewystarczające do zatrzymania nas na dłużej. Są elementy, które potrafią zachwycić każdego, jak i te wyjątkowe, mające sens i znaczenie tylko dla nas. Co z tego, że inni nie dostrzegają w grze tego co my? Czy przez to zabawa miałaby być gorsza?

Wolisz relaks? A walka z czasem i maksowanie wyników nie jest tym czego szukasz? Ograniczenia czasowe mają wpływ jedynie na mini „achievementy”. Więc jeśli chcesz spędzić miłe popołudnie, odciągając uwagę do spraw codziennych, ale dodatkowo nie męcząc szarych komórek zanadto, dobrze trafiłeś. Relaks w trybie zen z muzyką łagodzącą obyczaje brzmi kusząco? Smaczku dodają Power-upy będące zabawnym urozmaiceniem w podwodnym świecie, w którym fabuła nie ma najmniejszego znaczenia.

Z pewnością zastanawiasz się, jak szybko Ci się znudzi? Wszystko zależy od stylu gry i własnych upodobań. Gdybym nie przejmowała się ilością gwiazdek zdobywanych na poziom i odblokowała wszystkie Power-upy, to myślę, że zastraszająco szybko. Raz mam ochotę na wyzwania, innym razem nie. Naprawdę jaka jesteś nie wie nikt? Coś w tym guście ;D

Wyzwanie. Przeszłam wszystkie 4 etapy, każdą planszę na 3 gwiazdki. W sumie 180/225 (W tym 4 z Zen Mode). Mówisz, że całkiem nieźle. A co jeśli powiem Ci, że odblokowałam tylko jeden Power up (Beam Pearl) na 6 dostępnych hihi ^^. Jeśli zagrasz, będziesz bił przed Estetką pokłony. Nie inaczej :)

Gra jest dostępna za darmo (Android, Iphone, Ipad) 
Oficjalna strona: Atlantis: Pearls of the Deep



Chcesz jako pierwszy dowiadywać się o nowych postach?
Zachęcam do obserwowania mnie na:
Facebooku, Google+, Bloglovin lub e-mailowo :)

Estetka

0 komentarzy:

Prześlij komentarz

Spodobał Ci się post? A może chcesz coś dodać? Zapraszam do napisania komentarza
✔ Komentarze są moderowane (wyświetlą się po zatwierdzeniu)
Jeśli nie masz bloga też możesz napisać komentarz - wybierając z paska opcję: Anonimowy. Dopisz swój nick, wtedy będę wiedziała do kogo się zwracam.