Pa pa ra pa pa pa pa pa, pa pa pa pa…
Po jednej nutce co to? Ludzie, człowiek jeszcze dobrze nie zaczął posta, a już robi rebusy. Kto nie zgadł, ten normalnie powinien iść na karny jeżyk… ale dziś wyjątkowo okażę serce i daruję tę dotkliwą karę. Bo nie o wywijaniu tyłeczkiem dziś mowa, chociaż muszę uczciwie przyznać, że „Taniec z Gwiazdami” oglądam zawsze z ogromną przyjemnością. Lubię te kolejne odsłony, lubię patrzeć, jak ludzie z odcinka na odcinek się rozkręcają, przełamują, tańczą coraz pewniej i czasem naprawdę potrafią zrobić klimat jednym występem. To jest właśnie ten typ programu, który ogląda się dla emocji, muzyki, strojów i tego całego przyjemnego telewizyjnego błysku, przy którym człowiek z wałówką pod ręką czuje się całkiem zaopiekowany
Tuż po programie poleciał film, na który trafiłam trochę przypadkiem. Robiłam sobie kolację, smarowałam bułę serkiem wiejskim ze szczypiorkiem, telewizor gadał w tle i zanim zdążyłam przełączyć, już mnie wciągnęło. I tak właśnie trafiłam na wyjątkowo ciepły, przytulny i po prostu bardzo sympatyczny film o urokach ojcostwa. A jak wiadomo, może krytyk filmowy ze mnie żaden wielki nie jest, może bywam nawet lekko wybredna i trochę marudzę na tę całą kinematografię, ale znaleźć coś, co od początku do końca po prostu mi siądzie, to wcale nie jest taka łatwa sztuka.
A tutaj proszę - film ciepły, zabawny, niewymagający, ale nie głupi. Taki, przy którym człowiek nie musi ani ocierać łez rękawem, ani pociągać nosem w przerwie na reklamy, ani przeżywać melodramatu na trzy pokolenia. Po prostu przyjemna, lekka historia o rodzinie i ojcostwie, zrobiona z sercem. To film o czarnoskórym ojcu, który po ogromnej stracie zostaje sam z maleńką córką i z dnia na dzień musi nauczyć się czegoś, na co nikt nie daje gotowej instrukcji - jak być ojcem w najtrudniejszych możliwych okolicznościach. Matt dostaje od życia taki cios, po którym większość ludzi miałaby ochotę usiąść i patrzeć w ścianę, a on mimo bólu, zmęczenia i całego tego wewnętrznego bałaganu próbuje po prostu ogarnąć nową rzeczywistość i wychować córeczkę najlepiej, jak potrafi.
I to jest właśnie fajne, że nie ma tu bajki o idealnym ojcu, który od razu wszystko wie i wszystko umie. Są za to potknięcia, chaos, niepewność, czułość i takie codzienne uczenie się siebie nawzajem. Z czasem między nim a córką rodzi się wyjątkowa więź, a film pokazuje ojcostwo nie jako pomnikowy heroizm, tylko coś budowanego dzień po dniu - z miłości, błędów, wysiłku i prób odnalezienia się w świecie, który nagle wywrócił się do góry nogami.
Uwielbiam takie filmy - ciepłe, przytulne i zabawne, w których główny bohater, tutaj ojciec dziewczynki, robi od razu dobre, miłe wrażenie. Taki człowiek, którego się lubi od pierwszych minut i któremu kibicuje się bez przymusu i bez wewnętrznego „no dobra, zobaczymy jeszcze”. Bardzo podobało mi się też to, że komediowe wstawki wchodzą tu lekko. Bez przerysowania, bez robienia z widza idioty, bez wciskania na siłę „hej, teraz się śmiej”. Wszystko miało taki naturalny rytm, jakby człowiek nie oglądał filmu, tylko wpadł z wizytą do kogoś znajomego i przez chwilę podejrzał jego świat. I właśnie to lubię najbardziej - kiedy film nie męczy, nie szarpie człowiekiem za rękaw, tylko otula atmosferą.
Bardzo fajnie mi się to oglądało, naprawdę. Siedziałam sobie z herbatką z cytrynką, zagryzałam wafelkiem kakaowym i miałam dokładnie to uczucie, które w filmach cenię najbardziej: że jest mi po prostu dobrze. Ciepło, przytulnie i bezpretensjonalnie. Czasem człowiek nie potrzebuje wielkiego kina, zwrotów akcji, eksplozji i moralnych rozkmin na siedem stron. Czasem wystarczy film, który jest miły, zabawny i zostawia po sobie taki sympatyczny, domowy nastrój.
I to był właśnie jeden z tych tytułów. Taki na spokojny wieczór, na odpoczynek, na moment, kiedy chce się obejrzeć coś przyjemnego, ale nie głupiego. Coś, co nie udaje arcydzieła, tylko po prostu uczciwie robi dobrą robotę. A to też jest sztuka. Może dlatego ten film tak dobrze mi siadł. Bo pokazuje coś, co wcale nie jest oczywiste: że ojcostwo to nie sam tytuł, nie bycie panem domu, nie lista wymagań i oczekiwań, tylko obecność, wsparcie, bezpieczeństwo i umiejętność bycia obok, kiedy trzeba. Nie każdy ma w życiu taki obraz ojca. Nie każdy miał oboje rodziców naprawdę „obecnych”, a nawet jeśli byli, to czasem zostawiali po sobie więcej napięcia niż ciepła. Ja swojego ojca przez lata bardziej odbierałam jak lokatora w domu niż prawdziwego ojca. Nie dawał mi poczucia wsparcia, raczej ciężar oczekiwań, rozczarowania i tego nieprzyjemnego wrażenia, że ciągle jestem nie taka, jak trzeba. Granice? Raczej rzecz do przesuwania. Czułość? Towar deficytowy. Zdarzało się nawet szantażowanie pieniędzmi, jeśli nie robiłam czegoś po jego myśli. I chyba najgorsze było to, że człowiek może być dla innych prawie idealny, może być „super”, „w porządku”, „do pochwalenia”, a dla własnego ojca i tak pozostać rozczarowaniem - kimś, kim nie bardzo da się pochwalić, kimś, kogo łatwiej oceniać niż naprawdę zobaczyć.
Nie piszę tego po to, żeby nagle tonąć we łzach na widok dobrych ojców w filmach. Ten etap mam już chyba za sobą. Ja się z tym po prostu w pewnym momencie pogodziłam - z tym, że mój ojciec jest, jaki jest. Chyba naprawdę dotarło to do mnie wtedy, kiedy doprowadził mnie do łez na ulicy, zostawił zapłakaną i po prostu poszedł. Po czymś takim człowiek już nie ma wielkich złudzeń, tylko zaczyna układać sobie w głowie rzeczy po cichu, po swojemu. I może właśnie dlatego tak poruszają mnie historie, w których rodzic naprawdę jest rodzicem - nie z nazwy, nie z obowiązku, tylko z codziennych gestów, cierpliwości i serca.
Ten film przypomina, że rodzina nie musi być idealna, żeby była prawdziwa. Ale dobrze, kiedy jest w niej choć trochę ciepła, szacunku i poczucia, że człowiek nie chodzi po własnym domu jak po polu minowym. „Ojcostwo” nie opowiada bajki o perfekcyjnym rodzicu. I może właśnie dlatego tak dobrze się to ogląda. Bo przez chwilę można pobyć w świecie, w którym ojciec nie jest kolejnym źródłem napięcia, tylko kimś, przy kim robi się po prostu trochę lżej.
I chyba właśnie to porusza mnie w tym filmie najmocniej: ten brak perfekcji, który i tak okazuje się w pewnym sensie perfekcyjny. Matt nie jest idealny, nie ma gotowych odpowiedzi, popełnia błędy, gubi się, czasem działa po omacku, ale w każdej scenie czuć, że naprawdę chce dla swojej córki wszystkiego, co najlepsze. Nawet jeśli robi to po swojemu, czasem niezgrabnie, czasem za późno coś rozumie, a czasem musi się czegoś nauczyć na własnych potknięciach. I może właśnie dlatego wypada tak prawdziwie - bo nie jest pomnikiem idealnego ojca, tylko człowiekiem, któremu po prostu szczerze zależy. A to w moich oczach znaczy więcej niż cała ta perfekcja, którą tak często lubią udawać inni.
Kiedy około pierwszej w nocy skończyłam oglądać, zamknęłam laptopa i w pokoju nagle zrobiło się cicho, została ze mną taka dziwnie spokojna refleksja. W powietrzu jeszcze unosił się lekki zapach herbaty z cytryną, na talerzyku leżały okruszki po wafelku kakaowym, a za oknem noc była już taka porządna, ciemna i cicha - ta z gatunku „już nic wielkiego się dziś nie wydarzy, można na chwilę pomyśleć”. I pomyślałam sobie, że może właśnie na tym polega cały sekret rodziny i rodzicielstwa: nie na perfekcji, nie na robieniu wszystkiego idealnie, nie na byciu z pomnika, tylko na tym, żeby przy drugim człowieku było trochę lżej, trochę bezpieczniej i trochę cieplej.
Nie każdy dostaje taki dom. Nie każdy dostaje takiego ojca. Czasem zamiast wsparcia człowiek dostaje chłód, napięcie, ocenę albo poczucie, że we własnym życiu ciągle stoi na baczność. I może właśnie dlatego tak mocno wybrzmiewają historie, w których rodzic nie musi być idealny, żeby był dobry. Bo czasem ten brak perfekcji, jeśli płynie z miłości, cierpliwości i prawdziwej chęci bycia obok, jest wart więcej niż cały piękny obrazek udawany dla świata.
I może właśnie dlatego „Ojcostwo” zostawiło mnie tej nocy nie ze smutkiem, tylko z czymś znacznie cenniejszym - z cichym przekonaniem, że miłość nie musi być perfekcyjna, żeby była prawdziwa. Czasem wystarczy, że jest. Naprawdę, uczciwie i na miejscu, kiedy najbardziej jej potrzeba.
Bo ostatecznie chyba nie chodzi o to, żeby mieć rodzinę jak z obrazka. Chodzi o to, żeby przy bliskich nie czuć się obok.
Serdecznie polecam ten film. Nie robi wielkiego hałasu, ale bardzo ładnie zostaje z człowiekiem na dłużej.
Sceny po napisach.
PS. Tak, wiem. Post bez linków. Ludzie przecierają oczy z niedowierzania, koty spadają z parapetów, a archiwa blogowe szepczą: „czy to jeszcze ona?”. Spokojnie, to nadal ja. Linki dalej są moim znakiem rozpoznawczym i jedną z tych rzeczy, po których ludzie mnie kojarzą, ale jeśli mam tu bywać częściej, to nie zawsze będzie litania odsyłaczy, jak na pielgrzymce do śmieszniejszych zakątków Internetu. Nie każdy tekst potrzebuje dodatkowej porcji żartów z zewnątrz, czasem wystarczy ta moja własna, domowa. Poza tym moje tajne akta Tunguskiej biblioteki też mają swoją pojemność, a na post świąteczny zużyłam całkiem sporą część zapasów i teraz muszę uzupełnić magazyn. Taka mała refleksja na koniec: kiedyś miałam wrażenie, że w miejsach, w których je wyszukuję było więcej spontanicznie zabawnych rzeczy. Dziś bywa z tym różnie, ale mam nadzieję, że to tylko chwilowa zadyszka, a nie początek epoki, w której wszyscy będą śmiertelnie poważni. Bo jednak człowiek lubi czasem wejść do sieci i wrócić z czymś więcej niż tylko zmarszczką na czole.

Chcesz jako pierwszy dowiadywać się o nowych postach?
Zachęcam do obserwowania mnie na:
Facebooku :)






0 komentarzy:
Prześlij komentarz
✔ Chcesz coś dodać? Napisz komentarz 😉:
(konto google, dodając link do własnej strony lub wybierając z paska opcję: Anonimowy.
Dopisz swój nick, wtedy będę wiedziała do kogo się zwracam 😊
✔ Komentarze są moderowane (wyświetlą się po zatwierdzeniu)