Może wtedy wszystko potoczyłoby się inaczej. Może on nie wlókłby się teraz przez ten mrok z miną człowieka, który dawno przestał wierzyć w przypadki, a zaczął wierzyć głównie w spiski, tanie tytonie i zasadę, że jeśli coś wygląda podejrzanie, to zaraz widowiskowo pieprznie.
— Za tobą — usłyszał głos.
No pięknie.
Kolejny sekret śmierdzący kłopotami, prawda, której nikt nie chce ruszać nawet kijem, i to znajome uczucie, że jeśli sam tego nie odkryje, to nikt za niego tego nie zrobi.
Westchnął, postawił kołnierz płaszcza.
— No dobrze. To do roboty.
Witamy w mieście, gdzie nawet latarnie biorą w łapę
Główny bohater, James Renoir, to glina próbujący przeżyć w świecie, gdzie mafia trzyma za gardło każdego, kto siedzi w hierarchii choćby centymetr wyżej niż automat z kawą na komisariacie. Słowo „uczciwość” brzmi tam jak legenda miejska opowiadana młodym kadetom, żeby sprawdzić, czy są aż tak naiwni, na jakich wyglądają.
I przez krótką, cholernie podejrzaną chwilę wygląda nawet na to, że James wygrał los na loterii. Jest awans, wyższa ranga i kobieta marzeń. Klasyka. Człowiek zaczyna popełniać ten podstawowy błąd fabularny i wierzy, że życie nie naszykowało dla niego emocjonalnego plaskacza krzesłem prosto w twarz.
I wtedy, rzecz jasna, wszystko się wywala.
Gratulacje, umarłeś. Teraz wracaj do pracy.
Padają dwa strzały, a James odkrywa, że jego najnowsza sprawa dotyczy jego samego – co jest prawdopodobnie najmniej komfortowym sposobem na dowiedzenie się, że właśnie zostało się denatem z permanentnym kryzysem egzystencjalnym.
I od tego momentu wjeżdża esencja noir: „Gratulacje, właśnie skasowałeś bilet na tamten świat, a teraz proszę brać nadgodziny i wracać do roboty”.
Renoir to gra o facecie, który nawet po własnym zgonie nie ma prawa do urlopu. Zamiast elegancko odpoczywać w zaświatach z numerkiem w ręku, James jako duch dalej szwenda się po zaułkach, węszy w cudzych brudach, przesłuchuje inne zjawy i próbuje rozwikłać własne morderstwo – tyle że teraz robi to w wersji paranormalnej: jako cień ze skrajną nerwicą na punkcie każdej lampy sufitowej świecącej tak, jakby miała z nim osobisty konflikt .
I to kupuje mnie w Renoir najmocniej – że ta gra nawet przez sekundę nie udaje, że będzie przytulna czy „dla każdego”. Odpalasz ją, a ona patrzy na Ciebie swoim zmęczonym, przekrwionym wzrokiem i mówi bez ogródek: „Słuchaj, bystrzaku. Tutaj wszyscy mają coś na sumieniu, deszcz nigdy nie przestanie padać, a jeśli liczysz na happy end, to pomyliłeś adresy”.
I ja taki brak złudzeń szanuję.
Gra, która pachnie tytoniem i fatalnymi decyzjami
Jest ogromna różnica między grami, które tylko przebierają się w mrok jak na tanią imprezę halloweenową, a grą, po której naprawdę ma się ochotę umyć ręce. Renoir należy do tej drugiej kategorii. Tutaj bruk błyszczy od wilgoci tak bardzo, że chłód bije prosto z monitora. Klimatyczny jazz sączy się w Twojej głowie nawet wtedy, gdy w grze panuje cisza, a każda lokacja wygląda tak, jakby pięć minut wcześniej ktoś sprzedał tu przyjaciela mafii albo podjął decyzję życia po trzeciej szklance whiskey.
Sam James momentami mruczy pod nosem w ten cudownie zgorzkniały sposób. Wie, że świat jest zepsuty do szpiku kości, ale brnie przez niego dalej – trochę z przyzwyczajenia, trochę z bezsilności, a trochę dlatego, że jest zbyt uparty, by dać sobie spokój nawet po śmierci. Może nie sypie śmiesznymi tekstami jak w Hopkinsie, ale jego teksty mają w sobie ten specyficzny, ciężki posmak: dymu papierosowego, mokrego kołnierza, trzeciej kawy o drugiej w nocy i świadomości, że sprawiedliwość nie istnieje, ale ktoś tę papierkową robotę musi dokończyć.
Cień: jedyny współpracownik, który jeszcze go nie zdradził
Mechanicznie gra ma kilka asów w rękawie. Jako duch nie tylko zbierasz dowody, ale też przejmujesz kontrolę nad innymi zjawami, manipulujesz otoczeniem i kombinujesz, jak przemknąć przez pokoje, żeby światło nie zrobiło z Ciebie paranormalnego tosta.
I ten motyw światła jest genialnie przewrotny. Zazwyczaj w grach światło to Twój azyl. Miejsce, które mówi: „Wejdź tu, tutaj nic Cię nie zje”. W Renoir? Tutaj światło zachowuje się jak agresywny ochroniarz w markecie, który idzie za Tobą krok w krok, bo z góry zakłada, że chcesz coś ukraść tylko dlatego, że istniejesz.
Dzięki temu mrok naprawdę gra, a nie tylko ładnie wygląda. Cień nie jest tu dekoracją – to Twój jedyny lojalny partner w interesach. Jedyny kumpel z pracy, który jeszcze nie zdążył Cię zdradzić.
I dlatego ten cały świat tak dobrze siada w głowie, bo Renoir nie próbuje być „fajnym, popowym noir”. Chce być zmęczony, lepki od deszczu, niewygodny i moralnie podejrzany. Pachnie tytoniem, tanią gorzałą i błędami, których żałuje się przez resztę (nie)życia.
I wiecie co? Ja te klimaty kupuję bez targowania.
Jest druga w nocy.
Czas iść spać.
Dobranoc.








0 komentarzy:
Prześlij komentarz
✔ Chcesz coś dodać? Napisz komentarz 😉:
(konto google, dodając link do własnej strony lub wybierając z paska opcję: Anonimowy.
Dopisz swój nick, wtedy będę wiedziała do kogo się zwracam 😊
✔ Komentarze są moderowane (wyświetlą się po zatwierdzeniu)