I trzeba przyznać, że dawno żadna drama nie zrobiła na mnie aż takiego wrażenia. A wszystko zaczyna się tak:
Wyobraźcie sobie, że influencerka, którą cały internet uważa za martwą, nagle rozpoczyna transmisję na żywo. Licznik widzów rośnie, komentarze pędzą jak oszalałe, a Seo A-ri zapowiada, że opowie, jak naprawdę działa świat internetowych celebrytów: kto kupuje popularność, kto niszczy konkurencję i ile kosztuje idealne życie, kiedy zgaśnie ring light.
I właśnie od tego momentu zaczynamy poznawać całą drogę A-ri: od dziewczyny stojącej poza influencerskim światem aż do kobiety, której transmisję oglądają tysiące ludzi przekonanych, że przecież nie powinna już żyć. I czy to na pewno ona? Co się stało i jak właściwie do tego doszło? Tego dowiadujemy się krok po kroku, cofając się razem z nią do momentu, w którym cały ten szalony influencerski świat dopiero zaczynał wciągać ją do środka.
Po bankructwie rodziny spadła z miękkiej kanapy luksusu prosto na twardą podłogę rzeczywistości, a do świata influencerek weszła niemal bocznymi drzwiami. Szybko jednak odkryła, że potrafi poruszać się w nim znacznie lepiej, niż ktokolwiek podejrzewał.
Z każdym kolejnym followersem wspina się wyżej, ale jednocześnie wchodzi coraz głębiej w środowisko pełne fałszywych uśmiechów, zazdrości, narkotyków, układów i spraw, które wpływowi ludzie bardzo chętnie zamietliby pod wyjątkowo drogi dywan. Popularność początkowo wygląda jak wygrana. Później okazuje się grą, z której nie każdy wychodzi żywy?
„Celebrytka” to błyszczący, bezwzględny thriller o świecie, w którym followersi są walutą, wizerunek bronią, a jedna źle postawiona stopa może zrzucić człowieka z piedestału szybciej niż źle oznaczona reklama.
To nie będzie dwanaście odcinków czekania na pocałunek
Jeżeli na hasło „koreańska drama” widzicie przede wszystkim mężczyznę, który patrzy na kobietę jak na ostatni promień słońca nad Seulem, a pierwszy pocałunek następuje mniej więcej dwanaście odcinków później, tutaj możecie być zaskoczeni.
Delikatny romantyczny wątek wprawdzie się pojawia, ale zdecydowanie nie stanowi głównego dania. „Celebrytkę” znacznie bardziej interesuje to, jak daleko człowiek jest gotowy się posunąć, żeby wspiąć się na sam szczyt, i co zrobi, kiedy ktoś zacznie spychać go w dół.
Jest tu jeszcze jeden detal, który wyjątkowo mnie kupił: każdy odcinek zaczyna się tytułem zapisanym w formie hashtagu. Przyznam szczerze, że wśród tych wszystkich hashtagowych fantazji od razu poczułam się trochę jak w domu. Część swoich hashtagów zostawiłam zresztą na blogu, na stronie głównej, żeby ktoś, kto tu wchodzi, mógł od razu poznać mój styl i zdecydować: zostaje, kuma vibe, szuka autentyczności czy jednak elegancko szuka wyjścia? 😂
Dzisiaj ton hashtagów nie będzie. Do tej radosnej twórczości potrzebuję odpowiedniego vibe’u i inspiracji z kosmosu. 😂 Ale nie o tym, nie o tym… Z tego posta wyszedł zresztą mały chaos. Mam też zgrabniej uczesane teksty, część jeszcze maceruje się w roboczych, ale ten najwyraźniej postanowił przyjść w kapciach i opowiedzieć wszystko naraz. Oh well, liczy się autentyczność. Perfekcji bez większej treści i tak mamy w internecie pod dostatkiem. Wolę otwierać ludziom oczy na trochę inne punkty widzenia i przy okazji walnąć jakąś historyjką z życia. Bo umówmy się, nikt nie przychodzi tu wyłącznie po recenzję. Przychodzi się po mój pozytywny i quirky vibe oraz tę niewiadomą, co tym razem człowiek tu znajdzie. Trochę jak z jajkiem niespodzianką, tylko z niekończącą się dygresją w środku. 😂
Weźcie sobie herbatę, bo będzie też filozoficznie. Zaczęłam dopisywać, potem jeszcze trochę dopisywać i nagle wyszedł wykład, jakby Paulo Coelho przejął mi klawiaturę. 😂
Seo A-ri, czyli Zorro w spódnicy
Seo A-ri ma coś, czego brakuje wielu dramowym bohaterkom: charakter. Nie boi się mówić, co myśli, potrafi odpowiedzieć ciętą ripostą, wylać komuś drinka praktycznie na głowę, a kiedy sytuacja tego wymaga, również dać w twarz. Nie zawsze postępuje rozsądnie i zdecydowanie nie walczy wyłącznie szlachetnymi metodami, ale przynajmniej nie stoi bezczynnie, czekając, aż inni zdecydują za nią.
Nie jest papierową świętoszką ani zagubioną sarenką, którą trzeba wyprowadzić ze strasznego internetu za rączkę. Początkowo patrzy na influencerski świat z niedowierzaniem, ale szybko zaczyna rozumieć jego reguły i wykorzystywać je na własną korzyść. To już nie jest wyłącznie historia dziewczyny, która przypadkiem wdepnęła w bagno. To historia dziewczyny, która uczy się po nim chodzić w coraz droższych butach, nie zawsze wiedząc, co czeka na nią za następnym rogiem.
Czasami A-ri jest głosem rozsądku, czasami sama dolewa benzyny do ognia, a momentami przypomina Zorro w spódnicy, tylko zamiast szpady ma telefon, własny upór i wyjątkowy talent do wciskania ludziom dokładnie tego guzika, którego zdecydowanie nie powinna dotykać.
Jej branżowe koleżanki bywają natomiast tak moralnie poskręcane, jakby sumienie oddały w leasing za zasięgi, kontrakty i torebkę z najnowszej kolekcji.
I chyba właśnie dlatego A-ri momentami przypomina mi młodszą mnie. Moje wojowanie zaczynało się zwykle wtedy, kiedy ktoś mnie zranił albo widziałam, że kogoś spotyka niesprawiedliwość. Ale ten upór? Jakbym gdzieś to już widziała. 😄
Podryw kwalifikujący się do zgłoszenia na policję
Co jak co, ale w koreańskiej dramie musi pojawić się przynajmniej jeden mężczyzna w idealnie skrojonym garniturze. Nie narzekam. Lubię mężczyzn w dobrze skrojonych garniturach, a nawet bardziej w rozpiętych koszulach. Lubię też takie barmańskie opaski na podwiniętych rękawach. Kiedyś ten detal wyjątkowo mi się podobał. Piszę to, jakbym co najmniej miała swój stały stolik w każdym barze. Spokojnie, oglądałam głównie rękawy. 😂 Han Jun-kyung zdecydowanie potrafi jednak przypomnieć człowiekowi o zaletach garnituru.
Jego pierwsze spotkania z Seo A-ri trudno jednak nazwać romantycznymi. Podryw, po którym człowiek nie zastanawia się, czy będą z tego kwiaty, tylko czy należy już zgłosić sprawę na policję. Ona przynajmniej zorientowała się, że coś tu jest na rzeczy, nie to co Estetka za młodu. Ale to temat na inny raz. 😂 A swoją drogą, jak skubaniec ograł tę sytuację. LOL.
Jest też pewien moment związany z Han Jun-kyungiem i wejściem do domu, podczas którego autentycznie zrobiłam oczy jak pięć złotych. Totalny red flag. Niby wiadomo, że kwestia butów w Korei to nie żart, ale chyba bez przesady? Gdybym zobaczyła coś podobnego u faceta w prawdziwym życiu, to chyba nie chciałabym już z nim niczego. Nawet w gierki byśmy nie pograli. 😂 Zmanierowani faceci, którzy traktują innych jak sługusów, zdecydowanie nie znajdują się w kręgu moich zainteresowań. Nawet przyjacielskich.
Nie będę wyjaśniała, o co chodzi, ponieważ szkoda psuć jeden z tych momentów, po których człowiek jeszcze przez chwilę siedzi przed ekranem i próbuje przetworzyć właśnie zdobytą wiedzę. Czego ci ludzie nie wymyślą. 😂
Później Jun-kyung pojawia się w odpowiednich momentach, wyciąga A-ri z kolejnych opresji i usiłuje chronić ją przed ludźmi, którzy najchętniej usunęliby ją nie tylko z internetu.
I dobra, przyznaję: mam słabość do takich rycerskich odruchów. Kiedy ktoś otwiera przede mną drzwi, też mnie to jakoś chwyta za serce. Niby drobiazg, a serduszko skrupulatnie odnotowuje. Nawet w grze miło, kiedy ktoś osłoni Cię przed przeciwnikiem, zamiast zostawić na pożarcie i pozwolić zgarnąć Twój ekwipunek. 😂 No dobra, czasem sama dokładam ratownikom roboty. Jak jest fajna atmosfera i za bardzo się rozluźnię, potrafię stanąć w czarze obszarowym bossa. Jednak stanie w miejscu, w które zaraz rzuci kamieniem, nie jest najlepszym pomysłem, kto by pomyślał. 😂 I później słyszę: „Estetka, stoisz w kółku!”. A ja: „Widzę!”, tylko akurat zacina się laptak, kolejne ulubione słówko. #bożeileonaichma #milionyxD
Doceniam w mężczyznach ten gen rycerski, który, mam nadzieję, jeszcze całkiem nie zaginął. Lubię poczuć się po prostu zaopiekowana, jak kwiatuszek, o który ktoś chce się zatroszczyć, a nie wiecznie jak Amazonka z hasłem „sama dam sobie radę” na tarczy. 😄
Sama też potrafię zauważyć i powiedzieć coś dobrego, również mężczyźnie. Nie przesadzam z tym, bo później wszyscy chcą się ze mną żenić. A ludzie, tu jest tylko jedno miejsce. 😂 Takie słowa doceniam też dlatego, że w młodości sama rzadko je słyszałam, choć właśnie wtedy bardzo ich potrzebowałam. Nie czułam się doceniana przez ojca, więc poczucie własnej wartości budowałam przede wszystkim własnymi siłami. Rozumiem, jak wiele może znaczyć to, że ktoś dostrzeże w Tobie coś dobrego i po prostu Ci o tym powie. Dzisiaj, kiedy widzę w kimś coś dobrego, nie chcę zostawiać tego wyłącznie dla siebie. :)
A skoro już przy mężczyznach i ich sposobach okazywania uczuć jesteśmy, Han Jun-kyung jest chłodny, oszczędny w słowach i zazwyczaj dokładnie wie, co powiedzieć. Tylko tak bardzo cedzi słowa, że człowiek czasami ma ochotę poklepać go po plecach i powiedzieć:
„Weź się, człowieku, wyluzuj i wykrztuś wreszcie, co naprawdę masz na myśli”.
Brakuje mu odrobiny skakania po kanapie, obrzucania się popcornem, wygłupów i chociaż jednej porządnej, głupkowatej miny. Kiedy jednak podejmuje decyzję, trudno go zatrzymać. Jeżeli uzna, że powinien podstawić furę i zawieźć A-ri, to furę podstawia, A-ri zawozi, a tryb negocjacji pozostaje chwilowo niedostępny. A potem w samochodzie chwyta ją za rączkę. No słodziak. I weź tu utrzymaj poważny ton recenzji. #poważnyczłowiekwpoważnymwieku #taaajasne😂 No dobra, nie oszukujmy się, tu nigdy nie będzie całkiem poważnie. 😄
Normalnie bardzo nie lubię, kiedy ktoś nie liczy się z moim zdaniem. Ale najwyraźniej istnieje jeden wyjątek od tej zasady: kiedy facet nie próbuje mną rządzić (bo nie jestem into chłopów w stylu filmu „Pisiot gęb szarości”, zagadka: poziom łatwy 😂), tylko zwyczajnie o mnie dba i w konkretnej sytuacji ogarnia, że dla mojego dobra lepiej będzie zrobić coś inaczej. I dobra, ja też mogę się czasem mylić #niesamowitefakty 😄 Wtedy cała moja wojowniczość podejrzanie szybko mięknie razem z serduszkiem. Bo fajnie mieć u boku inteligentnego mężczyznę, który ogarnia życie i dba o Ciebie tak, jakbyś była jego najważniejszym story questem. ^^
Jun-kyung właśnie tak o nią dba, po swojemu. Wyraźnie nie chce, żeby ktokolwiek ją skrzywdził. Ona jednak nie zamienia się przy nim w bezradną księżniczkę. Czasem przyjmuje jego pomoc, a innym razem oznajmia, że docenia starania, lecz i tak zrobi to, co sama uzna za słuszne.
Co ciekawe, normalnie takie chłodne wątki romantyczne nie są specjalnie moją bajką. Tutaj jednak ten chłód wyjątkowo mi pasuje. Jun-kyung nie mówi do niej „niuniusiu”, nie przynosi waty cukrowej (albo makaronu, no, lubię makaron, co zrobić xD) i nie zamienia się nagle w pluszowego misia, bo scenariusz przypomniał sobie o romansie. Nadal pozostaje sobą, tylko coraz wyraźniej widać, że A-ri jest dla niego kimś ważnym. I chyba właśnie dlatego to działa.
Romans pozostaje wątkiem pobocznym i bardzo dobrze. Jest go wystarczająco dużo, żeby dodać historii trochę napięcia, ale nie na tyle, żeby przesłonić walkę o popularność i tajemnicę transmisji Seo A-ri.
Relacje czy dobrze skalkulowany networking?
W „Celebrytce” przyjaźń często trwa tylko do chwili, w której jednej osobie zaczyna powodzić się odrobinę lepiej niż pozostałym. Wtedy gratulacje robią się chłodniejsze, uśmiechy bardziej napięte, a cudzy sukces zaczyna być traktowany jak osobista zniewaga.
Kiedy komuś, kogo lubię, coś wychodzi, a szczególnie kiedy sukces odnosi ktoś naprawdę mi bliski, czuję dumę, a nie zazdrość. Czyjś sukces nie zabiera przecież niczego z mojego życia. Wręcz przeciwnie, fajnie patrzeć, jak człowiek, któremu kibicujesz, dostaje wreszcie swoje pięć minut.
Może dlatego, że w ogóle nie traktuję od dawna życia jak rankingu. Wierzę, że każdy idzie własną ścieżką, ma własną wibrację, którą emanuje i przez którą przyciąga konkretne zdarzenia i rzeczy, swoją karmę do przepracowania, ale też dobrą karmę nagromadzoną przez dobre uczynki, doświadczenia z poprzednich wcieleń, karmę rodzinną i cały zestaw innych rzeczy, które wpływają na to, dlaczego jesteśmy właśnie w takim, a nie innym miejscu. Każdy dostał trochę inny zestaw kart i próbuje po swojemu jakoś to żyćko ogarnąć.
Lubię ludzi, którzy chcą zostawić po sobie trochę dobra. Polecą kogoś do pracy, bo pamiętają, jak trudno dostać pierwszą szansę. Dorzucą brakujące kilka złotych osobie przy kasie. Zauważą, że ktoś w towarzystwie trzeci raz próbuje coś powiedzieć, i oddadzą mu głos. Napiszą do kogoś przed trudnym dniem: „Pamiętam. Trzymam kciuki”. Albo dodadzą pewności siebie i przypomną mu o czymś, co kiedyś zrobił dobrze, kiedy on akurat potrafi wyliczać wyłącznie własne porażki.
Jest dla mnie coś pięknego w czystej dobroci. W tym, że można na chwilę wejść w czyjś dzień i sprawić, że będzie mu w nim trochę lżej. Nie trzeba od razu zmieniać całego świata. Czasem wystarczy, że po spotkaniu z Tobą ktoś nabierze odwagi, żeby zmienić coś w swoim życiu na lepsze. A jeśli ktoś przy okazji liczy na punkty do karmy? Dopóki pomoc naprawdę komuś służy, też może wyniknąć z tego coś dobrego. Nie będę przecież cofać komuś dobrego uczynku, bo dopisał sobie za niego plusik.
Kto wie, może przy okazji uda się trochę naprostować grzeszki któregoś z przodków, który pięć pokoleń temu narobił karmicznego bałaganu, a teraz rachunek jakimś cudem przyszedł na nasz adres. 😂 Dobrze być tą osobą, która przestawi wajchę, skieruje tę historię na lepsze tory i poprawi energię. Przyszłe pokolenia będą wdzięczne 😄
Więc kiedy komuś obok mnie zaczyna iść świetnie, nie myślę: „O nie, właśnie mnie wyprzedził”. Bo niby dokąd się ścigamy? I kto właściwie ustawił metę?
I żeby nie było, że Estetka od urodzenia siedziała na chmurce z pełnym zrozumieniem świata, jako nastolatka też czasem zazdrościłam. Tylko pod tą zazdrością krył się raczej smutek. Ktoś potrafił pisać tak, że ściskało mnie w gardle, a ja sama nie umiałam wtedy otworzyć się na tyle, żeby ubrać w słowa to, co czułam. Ktoś był już w miejscu, do którego chciałam dotrzeć. Ktoś miał ojca, przy którym czuł się kochany, ważny i wystarczający, a mnie tego wtedy brakowało. Nie chciałam, żeby tym ludziom odebrano coś dobrego. Chciałam, żeby dla mnie też znalazło się trochę tego, za czym tęskniłam. Dlatego wiele rzeczy rozumiem (Przerwa na żarcik, akurat mam, ja już tam wiem po co 👀💃😂), i to że zazdrość potrafi dotknąć czegoś bardzo bolesnego... Dzisiaj już nie podzielam tego uczucia, ale pamiętam, co się pod nim kryło.
Wiem, że od tego nie przybędzie w życiu fajniejszych rzeczy. Co najwyżej ubędzie dobrego humoru. 😂 W podejściu do manifestacji również warto zwracać uwagę na ciągłe „chcę”, czyli „nie mam”, które zatrzymuje uwagę na braku. Trzeba wyluzować. Wolę zastanowić się, jak żyłabym z tym, czego pragnę, i już teraz robić na to miejsce, w decyzjach, przyzwyczajeniach, codzienności. Trochę jak wtedy, kiedy chcesz nowej miłości, ale w szafie nie ma miejsca nawet na jego T-shirt. Człowiek zamawia związek, a wszystkie wieszaki zajęte. xD
Co robiłabyś albo robiłbyś inaczej, gdyby to, czego pragniesz, było już częścią Twojego życia?
Tak ogólnie w życiu przeszłam przez prawdziwie przepierdolone sytuacje. Niektórzy uważali mnie za naiwną, bo po tym wszystkim wciąż miałam w sobie czułość. Mogłam stać się zimna i zgorzkniała. Mogłam zacząć traktować ludzi tak, jak wtedy traktowano mnie. Znam i cień, i światło. Wiem, co wybieram.
Lubię myśleć, że spotkanie ze mną może być dla kogoś zmianą jakichś przekonań albo początkiem czegoś dobrego. Może zainspirować kogoś do zmiany, której od dawna potrzebował, do zaopiekowania się własnym wewnętrznym dzieckiem i do dbania o siebie. Tak właśnie chcę zachęcać do podnoszenia własnych wibracji i do życia też z pozycji serca. I chyba już wiecie, dlaczego tak młodo wyglądam. 😄
Sama też cenię wskazówki, które znajduję na własnej drodze. Czasem to jedno zdanie, które ktoś wypowiada mimochodem, a ja dopiero po czasie rozumiem, ile dla mnie znaczy. I zwracam dużą uwagę na wskazówki od Wszechświata.
A kiedy patrzę na tę małą dziewczynkę i na kobietę, którą dziś jestem, myślę, że to cud, że po tym wszystkim wciąż tu stoję. I wciąż mam w sobie miłość. #amówiłażeniebędziepoważnie #iwierztublogerce:D
Czy „Celebrytka” naprawdę aż tak przesadza?
Serial nie został oparty na jednej prawdziwej historii ani konkretnej influencerce. Mimo to jest mocny jak na koreańskie dramy. Twórcy przedstawiali go jako fikcję, ale reżyser Kim Cheol-kyu przyznawał, że niektóre sytuacje zaczerpnięto z wydarzeń opisywanych w mediach. W produkcji wystąpiło również wielu prawdziwych influencerów, dzięki czemu wypolerowany świat internetowych celebrytów wygląda jeszcze bardziej wiarygodnie.
Aż człowieka korci, żeby się zastanawiać, ile historii mogłyby opowiedzieć naprawdę grube ryby koreańskiego show-biznesu. Każde miejsce ma przecież swoją ciemną stronę i historie, o których prawdopodobnie nigdy się nie dowiemy. Ale czy ja właściwie chcę to wszystko wiedzieć? Chyba jednak nie.
W Korei od gwiazdy często oczekuje się nie tylko talentu, lecz także niemal nieskazitelnego życiorysu, odpowiedniego zachowania, pięknego uśmiechu i najlepiej żadnych błędów popełnionych od czasów przedszkola. Jedna afera może oznaczać utratę reklam, ról i sympatii publiczności, czasem jeszcze zanim ktokolwiek zdąży spokojnie sprawdzić, co właściwie się wydarzyło.
Istnieje nawet koreańskie pojęcie chemyon, odnoszące się do społecznej „twarzy”: reputacji, statusu, właściwego zachowania oraz tego, jak człowieka widzą inni. Jej utrata potrafi odbić się nie tylko na osobie publicznej, lecz także na jej rodzinie. Skandal zaczyna wtedy obciążać nazwisko, rodziców i bliskich, którzy często nie mieli z całą sprawą nic wspólnego.
W Polsce po niejednej wpadce można odczekać, opublikować przeprosiny i spróbować wrócić. Nie brakuje nawet znanych internetowych twórców, w tym patostreamerów, którzy po kolejnych aferach wracają do sieci i nadal znajdują publiczność.
Na ile ta różnica rzeczywiście jest aż tak duża, tutaj musiałby się już wypowiedzieć ktoś, kto zna koreański show-biznes od środka. Ja mogę oceniać tylko to, co widzę z zewnątrz, w mediach, serialach i historiach, które do nas docierają.
Status zapisany na metce
Do tego dochodzi przywiązanie do statusu i luksusu. Korea Południowa znalazła się wśród światowych liderów wydatków na dobra luksusowe w przeliczeniu na jednego mieszkańca. Torebka, zegarek albo samochód nie zawsze są tam wyłącznie ładnymi przedmiotami, potrafią informować, do jakiej grupy człowiek należy i jak wysoko zdołał się wspiąć.
Są nawet historie o luksusowych torebkach wręczanych kobietom z okazji narodzin dziecka, o czym wspominała kiedyś autorka kanału na YouTube „Pierogi z Kimchi” (LINK), o której ostatnio tutaj pisałam. Jeśli od statusu zależy to, jak traktują Cię inni, łatwiej zrozumieć, dlaczego komuś zależy na przynależności do grupy, której okazuje się więcej szacunku.
Sam gest uhonorowania kobiety po wydaniu małego bobo na świat wydaje mi się jednak uroczy, niezależnie od budżetu. Takie „widzę, ile przeszłaś, doceniam Cię i chcę zrobić coś miłego właśnie dla Ciebie”. W całym zachwycie nad nowym człowiekiem dobrze pamiętać również o jego mamie.
Zresztą status nie kończy się na metce. W Korei jest on mocno spleciony z hierarchią społeczną, znaczenie mają między innymi wiek, wykonywany zawód, pozycja w firmie czy status materialny. Pytania, które u nas mogłyby zostać uznane za dość osobiste, na przykład o pracę czy zarobki, mogą pomagać rozmówcy zorientować się, gdzie druga osoba znajduje się w społecznej hierarchii. Ma to znaczenie nawet dla języka, ponieważ sposób zwracania się do drugiej osoby zależy między innymi od wieku, pozycji i relacji między rozmówcami.
Przyznam, że akurat ten element kompletnie do mnie nie przemawia. Ustawianie ludzi na społecznej drabinie według tego, gdzie pracują, ile zarabiają albo co noszą, jest zwyczajnie krzywdzące. Uznanie dla czyichś osiągnięć rozumiem, ale podstawowa życzliwość nie powinna być nagrodą za awans społeczny.
Zdarzało mi się doświadczać gościnności u ludzi niezależnie od stanu ich konta. Potrafili ugościć, zatroszczyć się, podzielić dobrym jedzonkiem, a czasem jeszcze zapakować słoiki na drogę. Kocham słoiki na drogę. Domowe zaprawy to jest to. Ja mało jem, więc mogę potem w domku, przy dobrym serialu, spokojnie dokończyć wyżerkę. 😄 Jeszcze zapamiętają, jakie pierożki lubisz, i przy następnej wizycie przygotują właśnie te. To kwestia człowieka i jego podejścia do innych, nie kwoty, którą ma do dyspozycji. :) #ohoznowuojedzeniu #paniesędziojawcaletakdużoniejem
W dzisiejszych czasach brakuje mi trochę takiego zwyczajnego: „Hej, wpadnij na kawę, pogadamy”. Więcej spontaniczności, mniej ustalania spotkania z wyprzedzeniem godnym organizacji festiwalu. Czasem człowiek chce po prostu usiąść z kimś przy stole, zanim skończy się pora roku, w której padła propozycja. 😄
W serialowym świecie takie gesty schodzą jednak na dalszy plan. Tam każda metka ma znaczenie, a odpowiednio pokazany luksus pracuje na zasięgi równie intensywnie jak właścicielka konta.
Estetka i rankingowy Matrix
Świat faszynu w wydaniu pokazanym w „Celebrytce” nigdy szczególnie mnie nie pociągał. Faszynu, I mean, tego oceniającego i krytycznego, z prześciganiem się w outfitach, opartego na krytyce oczu zamiast na zachwycie serca. Bo czym innym jest zobaczyć coś pięknego i poczuć: „Ale mi się podoba”, a czym innym patrzeć na ludzi i od razu wystawiać im oceny.
Kiedyś chyba było we mnie więcej Estetki skupionej na tym, co widzą oczy. Dzisiaj nadal mam swoje wizualne słabości, piękny płaszcz nie musi dwa razy prosić mnie o uwagę. 😄 Ale noszę po prostu to, co mi się podoba, niezależnie od ceny. Z przymrużeniem oka. xDDDDDDDDDD
Jeżeli ktoś kupuje markową torebkę, bo po prostu wizualnie mu się podoba i sprawia mu przyjemność jej noszenie, super. Nie mam zamiaru zaglądać ludziom do szaf ani sprawdzać metek przy wejściu.
I żeby było jasne, samo kupienie sobie czegoś drogiego kompletnie mi nie przeszkadza. Ktoś chce sprawić sobie przyjemność, wynagrodzić ciężką pracę, poczuć się odrobinę lepiej albo nawet zrekompensować sobie dzieciństwo, w którym na wiele rzeczy nie mógł sobie pozwolić? Jestem w stanie to zrozumieć. Byle nie przerodziło się to w zakupoholizm, bo jeśli droga od wejścia do salonu zajmuje czterdzieści minut przedzierania się przez zakupy, warto już chyba odłożyć koszyk. 😂
Problem zaczyna się dla mnie dopiero wtedy, kiedy wraz z ceną własnej torebki rośnie komuś przekonanie, że może patrzeć z góry na człowieka, który takiej torebki nie ma. Coś jak te panie ze sklepu w „Pretty Woman”, spojrzenie na ubranie i już gotowa opinia o całym człowieku.
Nie szukam też towarzystwa, które będzie mnie bardziej lubić, jeśli obwieszę się logotypami. Jeśli moja wartość w czyichś oczach rośnie wraz z ich liczbą, to może niech ta osoba umówi się na kawę z moją garderobą. 😄
Dla mnie ten rankingowy Matrix działa właśnie tak: podsuwa nam kolejną rzecz, bez której podobno jesteśmy jeszcze niewystarczający. Zamiast cieszyć się tym, co wybieramy i mamy, zaczynamy pilnować, czy inni odpowiednio to ocenili. I kupujemy kolejne rzeczy, licząc, że tym razem uznanie wystarczy na dłużej. Ubranie może stworzyć wizerunek. Nie wykona jednak za nas pracy nad sobą.
I nie piszę tego, żeby wyśmiewać osoby, które dają się w ten wyścig wciągnąć. Kiedy ktoś jest bardzo wrażliwy na cudze spojrzenia, uwagi i porównania, łatwo zacząć szukać czegoś, co ochroni go przed oceną. Torebka staje się wtedy trochę tarczą: może teraz potraktują mnie lepiej, może przestanę czuć się gorsza. Kumam tę potrzebę, chociaż jej nie podzielam. Człowiek potrafi czasem wydać naprawdę dużo, żeby przez chwilę poczuć, że ma prawo wejść do pokoju z podniesioną głową.
Fajnie czasem kupić sobie coś pięknego. Ale nie róbmy z rzeczy bogów. Mają służyć nam, a nie my im, pracować ponad siły, zadłużać się i zabiegać o uznanie ludzi, których nawet szczególnie nie lubimy. Jeszcze rata do spłacenia, a widownia już ogląda kogoś innego.
Moda przemija, ciało się zmienia. Dla mnie rozwój duchowy oznacza między innymi coraz mniej życia pod cudze spojrzenie, a coraz więcej zgodności ze sobą. Pytanie „Jak wypadam?” powoli ustępuje miejsca innemu: „Czy żyję tak, jak naprawdę chcę?”. Tego nie da się dokupić do stylizacji.
Sama jestem tą osobą, która potrafi zagadać do kogoś obcego, żeby powiedzieć, że ma na przykład fajny kolor płaszcza, jeśli rzeczywiście tak uważam. Czasem widzę, jak komuś od razu rozjaśnia się twarz. Nie musimy się znać. Zobaczyłam coś fajnego, to mówię. Zachwyt też przecież można puścić dalej, zamiast zachowywać go wyłącznie na własny użytek. 😄 A potem starsza pani zdradza, że kupiła w secondhandzie, no, swój ziom. Mężczyzn na ulicy ofc tak nie zaczepiam. A historię z kurierem w tym temacie zostawię na inny raz. Eleganckie kuszenie czytelnika, żeby śledził kolejne posty. Ludzie, tak to się robi. xD
Mnie znacznie bardziej imponują inteligencja, kreatywność, dobre serce i intencja stojąca za czyimś gestem. Można mieć listę high-endowych marek dłuższą niż paragon przed świętami, ale więcej mówi o człowieku to, jak traktuje własną babcię, zwierzęta oraz panią w sklepie, szczególnie kiedy nie może dzięki temu zdobyć zasięgów, pieniędzy ani nowych kontaktów.
Scena w klubie, która naprawdę mną wstrząsnęła
Najmocniej wstrząsnęła mną jedna ze scen rozgrywających się w klubie. Nie zdradzę, co dokładnie się wydarzyło, ponieważ ten moment najlepiej działa bez wcześniejszego ostrzeżenia.
Powiem tylko, że w ciągu kilku minut cały instagramowy brokat odpada, a pod nim zostają wielkie pieniądze, wpływy i ludzie przekonani, że nie obowiązują ich te same zasady co resztę świata. Ta scena nie wygląda przy tym jak fantazja pochodząca z zupełnie innej planety, i właśnie to jest w niej najbardziej niepokojące.
Pewnie widziałam w serialach bardziej drastyczne rzeczy, ale akurat ta poruszyła mnie wyjątkowo mocno.
I jeszcze ten prawnik, Jin Tae-jeon. Ze mnie na ogół spokojny człowiek, może nie wybucham emocjami, ale ta menda… O ludzie, jak on mnie wnerwiał. Normalnie miałam ochotę krzyknąć: „Matka, trzymaj mnie, bo mnie trzęsie!” i dać mu w papę dla przykładu za to knucie. 😂 Raz dla odmiany sama rozwiążę zagadkę: nawiązanie do filmu „Kogel Mogel”. Polska klasyka przydaje się nawet przy oglądaniu koreańskiej dramy. :D
Dlaczego ten serial tak wciąga?
Najbardziej podobało mi się, że „Celebrytka” nie próbuje sprzedać widzowi bajki pod tytułem: „Patrzcie, jaki piękny luksus i cudowne życie”. Pokazuje natomiast, ile za perfekcyjnymi zdjęciami może kryć się fałszu, układów, pozowania i strachu przed utratą pozycji.
Bohaterowie mają bardzo drogie problemy i bardzo tanie zagrywki.
W jednym momencie oglądamy kreacje, apartamenty i branżowe imprezy, na które zwykły człowiek prawdopodobnie nie miałby wstępu. Chwilę później okazuje się, że pod wszystkimi metkami nadal znajdują się zazdrość, kompleksy, chciwość oraz paniczna potrzeba udowadniania innym swojej wartości.
Najważniejsza pozostaje jednak tajemnica transmisji Seo A-ri. Wiemy przecież, że oficjalnie nie żyje, a mimo to właśnie siedzi przed kamerą i opowiada swoją historię tysiącom widzów. Jak to możliwe? Co naprawdę się wydarzyło? Kto kłamie, kto coś ukrywa i kto za chwilę straci kontrolę nad całym przedstawieniem? No i człowiek naciska „następny odcinek”. Potem jeszcze jeden. I tak dochodzimy do tej trzeciej w nocy z początku posta. 😂
Czy warto obejrzeć „Celebrytkę”?
Jeżeli już teraz zastanawiacie się tylko, czy dopisywać „Celebrytkę” do swojej listy, a wszystkie moje dygresje zostawiliście sobie na później, odpowiedź brzmi: tak. 😄
Jeśli lubicie dynamiczne seriale, tajemnice, intrygi i historie pokazujące mniej błyszczącą stronę social mediów, zdecydowanie dałabym jej szansę. Mnie wciągnęła tak, że „jeszcze jeden odcinek” okazał się wyjątkowo niebezpiecznym zdaniem.
Oglądaliście „Celebrytkę”?
Waszym zdaniem serial mocno przesadza czy jednak trochę za dobrze zna internet?
A jak macie jakąś fajną dramę do polecenia albo po prostu chcecie coś dorzucić od siebie, to piszcie. Chętnie poczytam. 😄
Sceny po napisach
#ludzietonigdysięnieskończy 😆
P. S. 1
Tego posta dopracowuję już od trzech tygodni. Po drodze jeszcze wciągnęły mnie gry. Mea culpa. 😂 Dlatego ostatnio rzadziej coś tu wpada. Muszę sobie lepiej poukładać grafik, bo na razie każde nowe zajęcie dostaje ode mnie entuzjastyczne „yes”, a potem wszystkie przychodzą naraz.
P. S. 2
Ostatnio słyszę z różnych stron, że mało mnie widać. Czasem po prostu nie składają się godziny, mam swoje sprawy, projekty i tylko jedną siebie do rozdysponowania. Estetka trochę jak Maja: lata tu i tam. Gdzie mnie życie poniesie, tam się pojawiam.
Sama też uczę się czegoś dzięki ludziom, których spotykam. Czasem właśnie tego, że mogę komuś dobrze życzyć, a jednak pójść własną drogą. Nie każda relacja jest na całe życie.
Znam swoją wartość. W duchowym rankingu mam status VIP, mimo to nosa nie zadzieram, chociaż według tej punktacji mogłabym. 😄 Mam swoje tajemnice. Lubię myśleć, że pojawiam się w życiu ludzi również po to, żeby zostawić po sobie impuls do czegoś dobrego: zmiany, na którą wcześniej brakowało odwagi, większej wiary w siebie albo zrobienia miejsca na własne szczęście. Ale uczę się też, że mogę kogoś zainspirować, a dalsze kroki pozostawić jemu.
P. S. 3 miliony lat później… xD
Poprzedni post był o Korei, ten też, więc miesiąc koreański na blogu właściwie zrobił się sam. Trochę jak w sklepie Lidl, tylko u mnie zamiast gazetki promocyjnej dostajecie dramy i kilometrowe dygresje. Wszystko się pięknie skleiło. 😂
Po tych wszystkich ekranowych wycieczkach fajnie byłoby kiedyś zobaczyć Koreę na własne oczy. Nie mam żadnej wielkiej bucket listy. Raczej robię to, co w danym momencie wydaje mi się fajowe, a taka podróż zdecydowanie kiedyś mogłaby się na tej spontanicznej liście znaleźć.
A jeśli ktoś z Was szuka zorganizowanego wyjazdu do Korei, dorzucam namiar do sprawdzenia i dopytania o szczegóły: Kimiko. Sama jeszcze z nimi nie byłam, więc nie jest to relacja z własnego wyjazdu, po prostu wydało mi się ciekawe. Nie, nikt mi za to nie płaci. :P
I chyba nawet bardziej niż odhaczanie dziesięciu obowiązkowych atrakcji interesowałoby mnie zobaczenie też tej zwyczajnej Korei. Przejechać się ich metrem i przy okazji sprawdzić, czy rzeczywiście dostanę gdzieś z łokcia, jak głoszą opowieści. 😂 Pobuszować po koreańskich sklepach z ciuchami i nakupić sobie pierdół i pamiątek. Ktoś będzie czekać, aż blogerka wybierze bransoletki. Blogerka właśnie znalazła kolejne stoisko. O, świecidełko. I nowe kolczyki. Ludzie, kto by chciał takie życie. xD
Zajrzeć na lokalny targ, porobić śmieszne fotki w jednej z tych fotobudek i wyjść z paskiem czterech zdjęć, na których z każdym kolejnym coraz mniej próbuję wyglądać poważnie. Nakupić dziwnych przekąsek w convenience store, posiedzieć na ławeczce przed sklepem, pogadać z ludźmi. Wreszcie spróbować kimchi i koreańskiego ramyeonu, a potem podjeść coś dobrego w niewielkiej knajpce prowadzonej przez ajummę, która od pięćdziesięciu lat zagniata swoje pierożki i nadal wkłada w nie tyle samo serca. I spotkać się z Wiolą na kawę, fajnie by było. :)
Może dostałabym nawet darmowego krokiecika na wynos, jak czasem zdarza mi się w Polsce na piękne oczy. 😊 Właśnie takie drobiazgi uwielbiam. Ktoś dorzuci Ci coś do torby, zamieni kilka ciepłych zdań albo zrobi mały gest, o którym za pięć minut mógłbyś zapomnieć, a ja nie zapominam. Chyba właśnie z takich niepozornych momentów składa się całkiem spora część mojego poczucia, że życie jest fajne.
No i wreszcie wypić Iced Americano. Dacie wiarę, że nigdy go nie próbowałam? Tym bardziej wypadałoby nadrobić, bo ostatnio odkopałam w sobie kawosza. Chciałam napisać „kawoszowy nałóg”, ale wcześniej zdecydowanie nie zasługiwał jeszcze na miano nałogu. Ostatnio zaczyna. 😂
Na razie moje kawowe szczęście ma postać zwykłej Nescafé zalanej wrzątkiem, z dodatkiem mleka owsianego Oatly. Te wszystkie mleczne bajery kończą się u mnie bólem brzucha, więc na promkę w sklepie Żabka drugi raz nabrać się nie dam. Ale jeśli mam do wyboru kawę i gorącą czekoladę, ta druga zawsze wygra. #randomowefakty
I wiecie co? Trochę mnie cieszy, że kawa jest jedną z tych dziedzin życia, których kompletnie nie potrzebuję sobie komplikować. Po prostu zalewam kawę wrzątkiem, dolewam mleka, dosypuję cukru, milion łyżeczek, ofc, bo ludzie, picie gorzkiej kawy to już dla mnie sport ekstremalny, siadam, piję i przez chwilę człowiek myśli: „Ale życie jest fajne”. No, lubię ten smak. 😄
Żeby nie było, normalnie też uważam, że życie jest fajne. 😄 Ale są takie proste momenty, kiedy robi się jakoś… fajowniejsze.
Może właśnie dlatego cieszy mnie też, że do szczęścia przy kawie nie potrzebuję specjalnego ekspresu, siedemnastu ustawień temperatury i doktoratu z ekstrakcji. Trochę jak z muzyką, nie potrzebuję pozłacanych wtyków i sprzętu, nad którym audiofil pochyliłby się ze łzami wzruszenia, żeby ulubiona piosenka nadal była ulubioną piosenką. Są w życiu dziedziny, w których naprawdę cudownie jest po prostu niczego sobie dodatkowo nie komplikować.
Czasem wystarczy dobra kawa i chwila spokoju, żebym pomyślała: „O, tak też może wyglądać dobry dzień”.
Duże sukcesy oczywiście też mnie cieszą. Po prostu nie chcę, żeby zwykłe wtorki były tylko poczekalnią do następnego wielkiego wydarzenia.
Jestem optymistką z kroplą realizmu. Wiem, że pozytywne nastawienie potrafi pomóc zauważyć możliwości i odważyć się po nie sięgnąć, ale nie zakładam, że każde marzenie musi się spełnić. Jeśli komuś manifestowanie wychodzi ze stuprocentową skutecznością, to call me, mam kilka pytań. 😂 Dlatego nie chcę odkładać radości na moment, w którym wszystko będzie dokładnie takie, jak sobie wymyśliłam.
Dobra kawa, oglądanie inspirujących treści, spacer, coś pysznego, rozmowa, przy której zapominam sprawdzać godzinę. Pisanie, tworzenie, wymyślenie absurdalnego podpisu do filmiku i śmianie się do własnego pomysłu, słuchanie ludzi, którzy mówią coś dobrego, oglądanie ulubionych podcastów w nocy. To tylko kilka randomowych rzeczy, za które potrafię być wdzięczna w całkiem zwyczajny dzień.
Do tej listy dopisałabym jeszcze buszowanie w secondhandach. Uwielbiam szperać i sprawdzać, co też tym razem wpadnie mi w ręce. Czasem wychodzę z pustą siatą, bo akurat nic nie jest w moim stylu, sama przyjemność szperania też się liczy.
Tymczasem Estetka w cudzej szafie 😂 Kuwa, zabawna jestem, śmieszą mnie moje własne żarty. xDDDDD Aż strach wpuścić blogerkę do szafy, jeszcze po cichutku wyniesie Twoje „perfect basic pieces” pod pachą. Oczywiście żarcik. 😂
Ja tu mam nowe sabskrajberki i sabskrajberów z zagranicy, więc wypadałoby moje żarty przetłumaczyć też na engliszowy. 😂
Skoro już zaglądamy do cudzych szaf, kiedyś widziałam w telewizji szafę Macademian Girl i kilka rzeczy naprawdę wpadło mi w oko. Oryginalne torebki, jedna chyba w kształcie biedronki albo osy, nie pamiętam dokładnie, ale wiem, że pomysł mi się podobał. Kolorowe ciuchy też szanuję, sama lubię kolory i oczywiście brokacik. ^^
Moje własne poszukiwania między wieszakami w secondhandzie odbywają się zwykle na nieco mniejszą skalę. Jestem tą osobą, która już w sierpniu kupiła różowy płaszcz na jesień, jak z serialu „Emily w Paryżu”. Na zewnątrz upał, ludzie szukają cienia, a Estetka niesie wielką siatę… 😂 A skoro już o „Emily”, tam też jest dużo mody, ale właśnie w tym wydaniu, które lubię: jako zabawa kolorem, pomysłem i własną fantazją. Kiedyś zresztą pisałam o serialu i podlinkowałam Netflixa w tym poście. Później pojawił się w kolejnym sezonie serialu polski wątek, więc oczywiście moja wewnętrzna scenarzystka od razu miała gotową teorię: „Czyżby ktoś tu zaglądał?”. No, ludzie klikają w linki i być może ktoś zauważył. 😂 Z moim szczęściem do różnych niesamowitych historii wyobraźnia już uznała, że to całkiem prawdopodobne, i zaczęła pisać anegdotę. Dowodów brak, ale fabuła gotowa. Zostawmy tę zagadkę bez drugiego sezonu. xD Jeśli czytają, to pozdrawiam. Mogę zagrać przechodnia numer pięć w kolejnym sezonie, płaszcz już mam. xD
***
Poza tym, ludzie, ale se czadowe rękawiczki kupiłam w Deichmannie! Dawno żaden zakup mnie tak nie ucieszył. Taki słitaśny design zdecydowanie trafia do mojego serduszka. Czy to nie jest urocze? 😄 A do tego spinkę z jednorożcem, którą sobie przypięłam do płaszcza, bo kto mi zabroni? :P Ale spokojnie, mam w szafie też poważne rzeczy dla poważnych ludzi #niedowiary :D
Może następnym razem, kiedy coś Wam się spodoba, a w głowie odezwie się „czy ja nie jestem na to za poważna?”, dopuśćcie do głosu wewnętrzne dziecko. Potraktujcie modę jak zabawę formą: połączcie dwa kolory, których nigdy razem nie nosiłyście, pocudujcie trochę z dodatkami albo przymierzcie coś, co zawsze podobało Wam się na kimś innym, na Pintereście jest dużo inspiracji i oryginalnych rzeczy. Kolor to też wibracja, więc wybierzcie taki, przy którym od razu uśmiechacie się do lustra.
I właśnie o takie małe zachwyty mi chodzi: czy to nad płaszczem, czy nad serialem, czy nad czyimś miłym gestem. Dla mnie wdzięczność zaczyna się od zauważenia tego, co już jest, zanim znowu poproszę Wszechświat o coś następnego. Mogę chcieć więcej i jednocześnie lubić swoje dzisiaj. Jedno drugiego nie wyklucza. Wierzę też, że wdzięczność przyciąga więcej dobra do naszego życia. Trochę jakbym mówiła Wszechświatu: „Lubię to”, a on odpowiadał: „Tak, Panie, dam wincyj!” xD Żarty żartami, ale tak to wygląda. Może nie w pięć sekund, ale kamyczek do kamyczka: doceniona chwila, dobry gest, trochę więcej otwartości. Z czasem może się z tego uzbierać naprawdę dużo dobrego.
A jeśli ktoś po tym tekście zauważy choć jedną rzecz, która uprzyjemnia mu zwykły dzień, albo zrobi coś, na co od dawna ma ochotę, to super. Wiem, wyszedł z tego niezły wywód, ale różni ludzie trafiają tu z Google’a. Ktoś szukał koreańskiego thrillera, a dostał jeszcze niezapowiedziane spotkanie z filozofią Estetki. 😂
I dzisiejszy post chyba też jest trochę z tej kategorii. Nie każdy musi robić potrójne salto narracyjne i lądować na puencie. Czasem mam po prostu ochotę opowiedzieć Wam, co obejrzałam, i dorzucić kilka anegdotek z życia i o życiu. Bez okazji. Jak przy kawie, kiedy jeden temat przypomina o drugim, a kawa dawno wystygła. 😄 Przybyło ostatnio trochę nowych sabskrajberów. Więc przy okazji możecie poznać mnie lepiej.
Oczywiście w Korei musiałabym też przynajmniej raz trafić do pokoju karaoke. Lubię sobie pośpiewać tak na poważnie. Wygłupy, kiedy specjalnie fałszuję dla fabuły, oczywiście się nie liczą. Proszę nie oceniać warsztatu wokalnego na podstawie roli, w którą się wcielam. Cambiooo dolorrr… #pojednejnutce Oczywiście „Zbuntowany anioł”. Haha, punkt dla mnie. No, nie mogłam sobie podarować, na dungeonach w gierkach z ziomusiami to taki inside joke. :D
Fajnie byłoby też zobaczyć od kulis mój ulubiony koreański variety show, przy którym zaśmiewałam się już w 2011 roku. Podejrzeć, jak powstają zadania, co jest przygotowane, a co rodzi się dopiero wtedy, gdy uczestnikom puszczają hamulce i ekipa próbuje za nimi nadążyć. Po tylu latach oglądania tego z drugiej strony ekranu byłoby to dość surrealistyczne doświadczenie. 😄 O samym programie jeszcze kiedyś napiszę, bo tekst powoli się wykluwa. A nie można wszystkiego zużyć naraz, trzeba mieć jakieś swoje tajemnice. Niestety po koreańsku nie mówię, więc mój plan ma na razie jeden drobny problem: rozumiałabym głównie własny zachwyt. 😂
P.S. 4 To nie moje konto -> www.instagram.com/pannaestetka, jak coś nowego gdzieś wymyślam to zawsze ląduje w zakładce: O mnie.
Ostatnio wróciłam do koreańskich dram, więc co jakiś czas może tu wpaść jakaś polecajka. Interesuje Was to czy niekoniecznie?
#wznosząręcedoboga
Tak myślałam. 😂
Tak więc na dziś gaszę ring light, chowam klawiaturę przed samą sobą i kończę transmisję.
Każdy czytelnik teraz: „Miało być tylko rzucenie okiem, a czytanie zajęło trzy godziny”. 😂 Jak Wam wystygł obiad, to ja umywam ręce. Nie moja wina. xD
Estetka out. 🔎
I’ll Be Back, What Time Is It?, czyżby wskazówka do któregoś z postów? Kto to wie. 🙃
„Ludzie, znowu zagadki. Ta kobieta nas wykończy” xD
Żarciki prowadzącego na koniec :D
buycoffee.to/estetka
Estetka
It’s three in the morning, and I’m sitting under a blanket, watching another episode of Celebrity and munching on pretzel sticks because I’ve already eaten everything else. I was only going to take a quick look. Now, on the one hand, I need to know what happens to Seo A-ri next. On the other, I’m getting more and more indignant. How can anyone sell a friendship for followers?
And I have to admit, it’s been a long time since a K-drama made this much of an impression on me. And here’s how it all starts:
Imagine an influencer the whole internet thinks is dead suddenly goes live. The viewer count climbs, the comments fly by like crazy, and Seo A-ri says she’s going to tell us how the world of internet celebrities really works: who buys their popularity, who takes down the competition, and what that perfect life costs when the ring light goes out.
And that’s where we begin to follow A-ri’s entire journey, from a girl on the outside of the influencer world to a woman whose livestream is watched by thousands of people convinced she shouldn’t even be alive. And is it really her? What happened, and how exactly did it come to this? We find out step by step, going back with her to the moment when this whole crazy influencer world was just beginning to draw her in.
When her family went bankrupt, she fell from the soft sofa of luxury straight onto the hard floor of reality. She entered the world of female influencers almost as if through a side door. But she soon discovered she could find her way around it far better than anyone had suspected.
With every new follower, she climbs higher, but at the same time she ventures deeper and deeper into a world full of fake smiles, jealousy, drugs, backroom deals, and things powerful people would gladly sweep under an exceptionally expensive rug. At first, popularity looks like a win. Then it turns out to be a game not everyone makes it out of alive?
Celebrity is a glossy, ruthless thriller about a world where followers are currency, image is a weapon, and one wrong step can knock you off your pedestal faster than an improperly labeled sponsored post.
This won’t be twelve episodes of waiting for a kiss
If the words “Korean drama” make you picture, first and foremost, a man gazing at a woman as if she were the last ray of sunlight over Seoul, with the first kiss coming about twelve episodes later, this one might surprise you.
There is a subtle romantic subplot, but it’s definitely not the main course. Celebrity is far more interested in how far someone is willing to go to climb to the very top, and what they’ll do when someone starts pushing them back down.
There’s one more detail that really won me over: each episode opens with its title written as a hashtag. I’ll be honest, all that hashtag creativity made me feel a little at home right away. I’ve actually left some of my own hashtags on the blog’s homepage so anyone who lands here can get a feel for my style right away and decide: am I staying? Do I get the vibe? Am I looking for authenticity, or am I discreetly looking for the exit? 😂
There won’t be tons of hashtags today. For that particular brand of creative fun, I need the right vibe and a little inspiration from the cosmos. 😂 But that’s not the point, that’s not the point… This post did turn out a little chaotic, though. I do have other pieces with their hair combed a little more neatly, some of them still marinating in my drafts, but this one apparently decided to show up in slippers and tell you everything at once. Oh well, authenticity is what counts. There’s plenty of perfection without much substance on the internet as it is. I’d rather open people’s eyes to a slightly different way of seeing things and throw in a little story from my life while I’m at it. Because let’s be honest, nobody comes here just for a review. You come for my positive, quirky vibe and because you never know what you’ll find here this time. A bit like a chocolate surprise egg, only with a never-ending digression inside. 😂
Grab a cup of tea, because we’re going to get a little philosophical, too. I started adding things, then added a little more, and suddenly I had a whole lecture on my hands, as if Paulo Coelho had taken over my keyboard. 😂
Seo A-ri, aka Zorro in a skirt
Seo A-ri has something a lot of K-drama heroines lack: backbone. She’s not afraid to say what she thinks. She can fire back with a sharp retort, pour a drink practically on someone’s head and, when the situation calls for it, slap someone across the face. She doesn’t always act wisely, and her methods aren’t always noble, but at least she doesn’t stand around waiting for other people to decide for her.
She’s neither a cardboard saint nor a lost little doe who needs someone to take her by the hand and lead her out of the big, scary internet. At first, she looks at the influencer world in disbelief, but she soon starts to understand its rules and use them to her advantage. This is no longer just the story of a girl who stumbled into a swamp by accident. It’s the story of a girl learning to walk through it in ever more expensive shoes, not always knowing what’s waiting for her around the next corner.
Sometimes A-ri is the voice of reason, sometimes she’s the one pouring gasoline on the fire, and sometimes she reminds me of Zorro in a skirt. Only instead of a sword, she has her phone, her own stubborn streak, and a particular talent for figuring out exactly which of someone’s buttons she shouldn’t push and pushing it anyway.
Her fellow influencers, meanwhile, can be so morally twisted you’d think they’d leased out their consciences in exchange for reach, contracts, and a handbag from the latest collection.
And I think that’s exactly why A-ri sometimes reminds me of my younger self. I usually went into battle when someone hurt me or when I saw someone being treated unfairly. But that stubborn streak? I feel like I’ve seen that somewhere before. 😄
Flirting that warrants a police report
If there’s one thing a K-drama has to have, it’s at least one man in a perfectly tailored suit. I’m not complaining. I like men in well-cut suits, and I like them even better in unbuttoned shirts. I also like those bartender-style sleeve garters on rolled-up sleeves. I used to have a particular soft spot for that detail. I’m writing this as if I had my own regular table at every bar. Relax, I was mostly looking at the sleeves. 😂 Han Jun-kyung certainly knows how to remind you what a suit has going for it, though.
His first encounters with Seo A-ri, on the other hand, are hard to call romantic. The kind of flirting that leaves you wondering whether it’s time to file a police report rather than whether you’ll be getting flowers. At least she picked up on the fact that there was something going on, which is more than I can say for young Estetka. But that’s a story for another time. 😂 And by the way, you’ve got to hand it to him: he played that one well. He’s a clever one. LOL.
There’s also a moment involving Han Jun-kyung and walking into a house that made my eyes go as wide as five-złoty coins. (Polish for “my eyes went wide in disbelief.”) Total red flag. I know shoes are serious business in Korea, but surely there’s a limit? If I saw a guy do something like that in real life, I don’t think I’d want anything more to do with him. We wouldn’t even play video games together. 😂 Men who act superior and treat other people like servants are definitely not my type. Not even as friends.
I won’t explain what happens, because it would be a shame to spoil one of those moments that leave you sitting in front of the screen for a bit, trying to process the information you’ve just acquired. What will these people think of next? 😂
Later on, Jun-kyung turns up at the right moments, gets A-ri out of one tight spot after another, and tries to protect her from people who’d happily erase her from more than just the internet.
And okay, I admit it: I have a soft spot for that kind of chivalry. When someone opens a door for me, that gets me right in the heart, too. Such a little thing, but my little heart keeps a careful record. Even in a game, it’s nice when someone covers you instead of leaving you to get eaten alive and letting the enemy loot your gear. 😂 Okay, sometimes I do give my rescuers extra work. When everyone’s having a good time and I get a little too relaxed, I can end up standing right in the middle of a boss’s area-of-effect spell. Turns out standing in the exact spot where he’s about to throw a rock isn’t the best idea. Who’d have thought? 😂 And then I hear, “Estetka, you’re standing in the circle!” And I’m like, “I can see that!” Except my laptak (my playful Polish twist on the word “laptop”) decides to freeze right then. Yet another favorite word of mine. #GodHowManyDoesSheHave #MillionsxD
I appreciate that chivalry gene in men, and I hope it hasn’t died out altogether. I like simply feeling cared for, like a little flower someone wants to look after, instead of always being an Amazon warrior with “I can handle it myself” written across her shield. 😄
I notice the good in people and I can say it out loud, even to a man. I don’t overdo it, because then they all want to marry me. And folks, there’s only one spot. 😂 I appreciate hearing those words, too, because I rarely heard them growing up, even though that was exactly when I needed them most. I didn’t feel appreciated by my father, so I built my sense of self-worth largely on my own. I understand how much it can mean when someone sees something good in you and just comes out and tells you. These days, when I see something good in someone, I don’t want to keep it to myself. :)
And speaking of men and how they show their feelings, Han Jun-kyung is reserved, a man of few words, and he usually knows exactly what to say. It’s just that he lets the words out so slowly, one by one, that sometimes you want to pat him on the back and say:
“Come on, man, loosen up and spit it out. What do you really mean?”
He could do with a little jumping on the couch, throwing popcorn at each other, goofing around, and pulling at least one properly goofy face. Once he’s made up his mind, though, he’s hard to stop. If he decides he should pull up in the car and give A-ri a ride, he pulls up in the car, gives A-ri a ride, and negotiation mode is temporarily unavailable. And then he takes her hand in the car. What a sweetheart. Now try keeping this review serious. #SeriousPersonOfASeriousAge #YeeaahRight😂 Okay, let’s be honest, it’s never going to be entirely serious around here. 😄
Normally, I really don’t like it when someone disregards my opinion. But apparently there’s one exception to that rule: when a guy isn’t trying to boss me around, he’s just looking out for me and can see that, in this particular situation, doing things differently would be better for me. Because I’m not into guys straight out of Pisiot gęb szarości. Guessing game difficulty: impossible. 😂 (My playful Polish twist on Fifty Shades of Grey: “pisiot” is a goofy pronunciation of the Polish word for “fifty,” and the “faces” in the Polish title become “mugs.”) And okay, I can be wrong sometimes too. #AmazingFacts 😄 That’s when all my fighting spirit goes soft suspiciously quickly, right along with my little heart. Because it’s nice to have a smart man by your side who’s got his life together and looks after you as if you were his most important story quest. ^^
That’s exactly how Jun-kyung looks out for her, in his own way. He clearly doesn’t want anyone to hurt her. She doesn’t turn into a helpless princess around him, though. Sometimes she accepts his help. Other times she tells him she appreciates the effort, but she’s still going to do what she thinks is right.
Funny thing is, cool, restrained romances like this aren’t usually my thing. Here, though, that coolness really works for me. Jun-kyung doesn’t call her “sweetums,” doesn’t bring her cotton candy (or pasta, look, I like pasta, what can I say xD), and doesn’t suddenly turn into a cuddly teddy bear because the script remembered there was supposed to be a romance. He’s still himself. It just becomes increasingly clear that A-ri matters to him. And I think that’s exactly why it works.
The romance remains a subplot, and I’m glad it does. There’s enough of it to add a little tension to the story, but not so much that it overshadows the fight for popularity or the mystery of Seo A-ri’s livestream.
Relationships or carefully calculated networking?
In Celebrity, a friendship often lasts only until one person starts doing a little better than the rest. That’s when the congratulations get cooler, the smiles grow tighter, and someone else’s success starts to feel like a personal insult.
When something goes well for someone I like, especially when it’s someone really close to me who succeeds, I feel proud, not jealous. Someone else’s success doesn’t take anything away from my life. Quite the opposite. It’s lovely to see someone you’ve been rooting for finally get their moment.
Maybe that’s because it’s been a long time since I thought of life as a leaderboard. I believe we each follow our own path. We each give off our own vibration and, through it, attract certain events and things into our lives. We have our own karma to work through, but also the good karma we’ve built up through good deeds, the experiences we carry from past lives, family karma, and a whole host of other things that help explain why we are where we are and not somewhere else. We’ve all been dealt a slightly different hand, and we’re all trying, in our own way, to figure out this whole life thing.
I like people who want to leave a little good behind. They’ll recommend someone for a job because they remember how hard it is to get that first chance. If someone at the checkout is a few coins short, they’ll cover the difference. They’ll notice that someone in the group is trying to say something for the third time and give them the floor. They’ll text someone who has a tough day ahead: “I haven’t forgotten. I’ll keep my fingers crossed for you.” Or they’ll give someone a little confidence by reminding them of something they once did well, just when all they can list are their failures.
There’s something beautiful to me about simple, genuine kindness. About being able to step into someone’s day for a moment and make it a little easier for them. You don’t have to change the whole world in one go. Sometimes it’s enough that, after meeting you, someone feels brave enough to change something in their life for the better. And if they’re hoping to earn a few karma points along the way? As long as the help actually does someone some good, something good can still come of it. I’m hardly going to undo someone’s good deed because they gave themselves a little plus sign for it.
Who knows, maybe along the way we can even put right a few of the little sins of an ancestor who made a karmic mess five generations ago, and somehow the bill turned up at our address. 😂 It’s good to be the one who pulls the lever, sets this story on a better track, and changes the energy for the better. Future generations will thank us. 😄
So when things start going really well for someone around me, I don’t think, “Oh no, they’ve just overtaken me.” Where are we supposed to be racing to, anyway? And who put the finish line there in the first place?
And just so you don’t think Estetka has been sitting on a little cloud since birth with a perfect understanding of the world, I got jealous sometimes as a teenager, too. Only what lay underneath that jealousy was mostly sadness. Someone could write in a way that put a lump in my throat, while back then I couldn’t open up enough to put what I felt into words. Someone was already where I wanted to be. Someone had a father who made them feel loved, like they mattered, like they were enough. I didn’t have that back then. I didn’t want anything good taken away from those people. I just wanted a little of what I longed for to find its way to me, too. That’s why there’s a lot I understand (Time for a little joke, let’s just say I know why I put this clip here 👀😂). That’s why I understand how jealousy can touch on something that really hurts... I don’t feel that way anymore, but I remember what was underneath it.
I know being jealous won’t bring any more good things into your life. If anything, all you stand to lose is your good mood. 😂 When it comes to manifesting, it’s also worth noticing that constant “I want,” meaning “I don’t have,” which keeps your attention on what’s missing. Time to loosen up a little. I’d rather think about how I’d live if I already had what I long for, and start making room for it now, in my decisions, my habits, my everyday life. A bit like wanting a new love in your life when you don’t even have room in your closet for one of his T-shirts. You put in an order for a relationship, and every hanger’s taken. xD
What would you do differently if what you long for were already part of your life?
I’ve been through some seriously fucked-up shit in my life. Some people thought I was naïve because, after all that, I still had tenderness in me. I could have grown cold and bitter. I could have started treating people the way I was treated back then. I know both shadow and light. I know which one I choose.
I like to think that meeting me might lead someone to rethink some of their beliefs, or that it might be the beginning of something good. It might inspire someone to make a change they’ve needed for a long time, to look after their inner child, and to take care of themselves. That’s how I want to encourage people to raise their vibration and to live from the heart, too. And I think you know by now why I look so young. 😄
I value the guidance I find along my own path, too. Sometimes it’s a single sentence someone says in passing, and it’s only later that I realize how much it means to me. And I pay close attention to signs from the Universe.
And when I look at that little girl and at the woman I am today, I think it’s a miracle that after everything, I’m still standing here. And I still have love in me. #AndSheSaidItWouldntGetSerious #AndYouThoughtYouCouldTrustABlogger :D
Does Celebrity really exaggerate that much?
The series wasn’t based on any one true story or any particular influencer. Even so, it’s pretty intense by K-drama standards. The creators described it as fiction, but director Kim Cheol-kyu acknowledged that some situations were drawn from events reported in the media. A number of real-life influencers also appeared in the series, making its polished world of internet celebrities feel even more convincing.
You can’t help wondering how many stories the real big shots in Korean showbiz could tell. After all, every place has its dark side and its stories we’ll probably never hear. But do I actually want to know all of it? On second thought, probably not.
In Korea, stars are often expected to have more than just talent. They’re also expected to have an almost spotless personal history, proper conduct, a beautiful smile and, ideally, not a single mistake to their name since kindergarten. One scandal can cost them endorsement deals, roles, and the public’s affection, sometimes before anyone’s even had a chance to take a step back and check what actually happened.
There’s even a Korean concept, chemyon, that refers to a person’s social “face”: their reputation, their status, how they’re expected to behave, and how others see them. Losing face can affect not only the public figure but their family as well. The scandal can then cast a shadow over the family name, affecting parents and loved ones who often had nothing to do with it.
In Poland, you can often wait a while after a misstep, issue an apology, and try to make a comeback. There’s no shortage of well-known online creators, including patostreamers (a Polish term for streamers who broadcast abusive or degrading behavior), who go back online after one scandal after another and still find an audience.
Is the difference really that stark? You’d have to ask someone who knows Korean showbiz from the inside. I can only judge by what I see from the outside: in the media, in TV series, and in the stories that reach us.
Status written on the label
Then there’s the importance placed on status and luxury. South Korea has ranked among the world’s top spenders on luxury goods per person. A handbag, a watch, or a car isn’t always just a pretty thing there. It can tell people which group you belong to and how high you’ve managed to climb.
There are even stories of women being given luxury handbags to celebrate the birth of a baby. The woman behind the YouTube channel Pierogi z Kimchi (LINK), whom I wrote about here recently, once mentioned this. If your status affects how people treat you, it’s easier to understand why someone might want to belong to a group that’s treated with more respect.
Still, I think the gesture itself is lovely, whatever the budget: doing something to honor a woman who’s just brought a little one into the world. It’s a way of saying, “I see how much you’ve been through, I appreciate you, and I want to do something nice just for you.” In all the excitement over this brand-new little person, it’s good to remember their mom, too.
Besides, status doesn’t stop at the label. In Korea, it’s closely tied to social hierarchy. Your age, what you do for a living, your position at work, and how well-off you are all play a part. Questions that might seem quite personal here in Poland, like what you do or how much you earn, can help the person you’re talking to work out where you stand in that hierarchy. It even matters when it comes to language, because how you address someone depends partly on your ages, your relative positions, and the relationship between you.
I’ll admit, this particular aspect doesn’t appeal to me at all. Ranking people on a social ladder according to where they work, how much they earn, or what they wear is simply unfair. I understand recognizing someone’s achievements, but basic kindness shouldn’t be a reward for moving up in the world.
I’ve been on the receiving end of wonderful hospitality from people regardless of their bank balance. They’ve made me feel welcome, looked after me, shared good food, and sometimes even packed a few jars for me to take home. I love getting jars to take home. Nothing beats homemade preserves. I don’t eat much, so once I’m home with a good show on, I can take my time finishing off the feast. 😄 They’ll even remember which pierogi (Polish dumplings) you like and make those very ones the next time you visit. It comes down to the person and how they treat others, not how much money they have to spend. :) #OhHereWeGoTalkingAboutFoodAgain #YourHonorIReallyDontEatThatMuch
These days, I kind of miss a simple “Hey, come over for coffee, let’s catch up.” More spontaneity, less scheduling a get-together so far in advance you’d think we were organizing a festival. Sometimes you just want to sit down at a table with someone while it’s still the same season they invited you over in. 😄
In the world of the series, though, gestures like these take a back seat. There, every label matters, and luxury, when it’s shown off just right, works just as hard to boost the account’s reach as its owner does.
Estetka and the ranking Matrix
The world of faszyn (my playful Polish spelling of “fashion”), at least the version we see in Celebrity, has never really appealed to me. By faszyn I mean the judgmental, critical kind, where everyone’s trying to outdo everyone else with their outfits. The kind where the eye gets to criticize before the heart gets a chance to be delighted. Because seeing something beautiful and thinking, “Oh, I love that,” is one thing. Looking at people and immediately giving them a score is quite another.
I think there used to be a bit more of that side of Estetka in me, the one focused on what catches the eye. I still have my weaknesses in that department. A beautiful coat doesn’t have to ask twice for my attention. 😄 But I just wear what I like, whatever the price. Tongue-in-cheek. xDDDDDDDDDD (pov: When you ask a guy to buy himself some new clothes, but he claims he has everything and doesn’t need anything. Meanwhile, him:.... / Typical guy 🤣🤦 )
If someone buys a designer bag because they like the look of it and it makes them happy to carry it, great. I have no intention of snooping around in people’s closets or checking labels at the door.
And to be clear, someone buying themselves something expensive doesn’t bother me in the slightest. Maybe they want to treat themselves, reward themselves for working hard, feel a little better, or even make up for a childhood when there was a lot they couldn’t afford. I can understand that. As long as it doesn’t turn into a shopping addiction, because if getting from the front door to the living room takes forty minutes of fighting your way through your purchases, it might be time to put the basket down. 😂
For me, the problem only starts when the more someone’s handbag costs, the more entitled they feel to look down on someone who doesn’t own one like it. A bit like those women in the shop in Pretty Woman: one look at an outfit and they’ve got the whole person figured out.
I’m not looking for company that’ll like me better if I cover myself in logos, either. If my worth in someone’s eyes goes up with each logo I add, maybe they should ask my wardrobe out for coffee. 😄
To me, that’s how this ranking Matrix works: it puts one more thing in front of us and tells us that, without it, we’re still not good enough. Instead of enjoying what we choose and what we already have, we start checking whether other people are suitably impressed. And we buy more things, hoping the approval will last a little longer this time. Clothes can create an image. They can’t do the work of growing as a person for us.
And I’m not writing this to make fun of anyone who gets drawn into that race. When you’re particularly sensitive to other people’s looks, comments, and comparisons, it’s easy to start looking for something to shield you from their judgment. A handbag can become a bit of a shield: maybe now they’ll treat me better, maybe I’ll stop feeling like I’m worth less. I get that need, even if I don’t share it. Sometimes people spend an awful lot just to feel, for a moment, that they have every right to walk into a room with their head held high.
It’s nice to buy yourself something beautiful sometimes. But let’s not make gods of things. They’re meant to serve us. We’re not meant to serve them by working ourselves into the ground, getting into debt, and chasing the approval of people we don’t even particularly like. There’s still an installment left to pay, and the audience is already watching somebody else.
Fashion moves on. Our bodies change. For me, part of growing spiritually is living less and less for other people’s eyes and more and more in a way that feels true to who I am. The question “How am I coming across?” gradually gives way to another: “Am I living the way I really want to?” That’s one thing you can’t buy to complete an outfit.
I’m the kind of person who’ll go up to a stranger and say, “I love the color of your coat,” if I really do. Sometimes I see their face light up on the spot. We don’t need to know each other. I see something I like, I say so. You can pass a little delight along, after all, instead of keeping it all to yourself. 😄 And then the older lady lets me in on the secret: she got it at a thrift store. My kind of person. I don’t go up to men in the street like that, ofc. As for the story about the delivery guy, I’ll save that one for another time. Subtly tempting the reader to stick around for the next few posts. Folks, that’s how it’s done. xD
I’m much more impressed by intelligence, creativity, a kind heart, and the intention behind someone’s gesture. You can have a list of high-end brands longer than a Christmas shopping receipt, but what tells me more about a person is how they treat their own grandma, animals, and the woman behind the counter, especially when there’s no extra reach, money, or new contacts in it for them.
The scene at the club that really shook me
What shook me most was one of the scenes set in the club. I won’t give away exactly what happened, because that moment hits hardest when you don’t see it coming.
I’ll just say that within minutes, all the Instagram glitter falls away, and underneath it all you’re left with big money, influence, and people who are convinced the rules that apply to the rest of the world don’t apply to them. The scene doesn’t feel like some fantasy from another planet, either, and that’s the most unsettling thing about it.
I’ve probably seen more graphic things on TV, but this particular scene hit me especially hard.
And then there’s that lawyer, Jin Tae-jeon. I’m generally a pretty calm person. I’m not one for outbursts, but that little shit… Oh, man, did he get on my nerves. I just wanted to yell, “Ma, hold me back, because it shakes me!” and smack him in the face, just to make an example of him after all that scheming. 😂 For once, I’ll solve the riddle myself: that was a nod to Kogel Mogel (a classic Polish comedy). Polish classics come in handy even when you’re watching a K-drama. :D
Why is this show so addictive?
What I liked most about Celebrity is that it doesn’t try to sell viewers a fairy tale called “Look at all this luxury! What a wonderful life!” Instead, it shows how much fakery, backroom dealing, posing, and fear of losing status can hide behind those perfect photos.
The characters have very expensive problems and resort to very cheap tricks.
One minute we’re looking at designer outfits, apartments, and industry parties the average person probably couldn’t get into. The next, we find that underneath all those labels, there’s still jealousy, insecurity, greed, and a desperate need to prove your worth to other people.
But the biggest mystery is still Seo A-ri’s livestream. After all, we know she’s officially dead, and yet there she is, sitting in front of the camera, telling her story to thousands of viewers. How is that possible? What really happened? Who’s lying, who’s hiding something, and who’s about to lose control of the whole show? And of course you hit “Next Episode.” Then one more. And that’s how we end up right back at three in the morning, where this post began. 😂
Is Celebrity worth watching?
If all you want to know right now is whether to add Celebrity to your watchlist, and you’ve saved all my digressions for later, the answer is yes. 😄
If you like fast-paced shows, mysteries, intrigue, and stories that show the less glamorous side of social media, I’d definitely give it a chance. It had me so hooked that “just one more episode” turned out to be a particularly dangerous thing to say.
Have you seen Celebrity?
Do you think the show exaggerates a lot, or does it know the internet a little too well?
And if you’ve got a good K-drama to recommend or just want to add something of your own, leave a comment. I’d love to read it. 😄
Post-credits scenes
#GuysThisIsNeverGoingToEnd 😆
P. S. 1
I’ve been putting the finishing touches on this post for three weeks now. Somewhere along the way, I got sucked into gaming, too. Mea culpa. 😂 That’s why posts have been a little thin on the ground lately. I need to get my schedule sorted out, because right now every new activity gets an enthusiastic “yes” from me, and then they all show up at once.
P. S. 2
Lately, I’ve been hearing from all sides that people haven’t seen much of me. Sometimes the timing just doesn’t work out. I’ve got my own things going on, projects to work on, and only one of me to go around. Estetka’s a bit like Maya the Bee, flying here and there. (A little nod to the Polish theme song.) Wherever life takes me, that’s where I turn up.
I learn things from the people I meet, too. Sometimes what I learn is that I can wish someone well and still go my own way. Not every relationship is for life.
I know my worth. On the spiritual leaderboard, I’ve got VIP status. I don’t go around with my nose in the air, although by that scoring system, I could. 😄 I have my secrets. I like to think that one reason I come into people’s lives is to leave them with a little nudge toward something good: a change they hadn’t found the courage to make, a little more faith in themselves, or room for their own happiness. But I’m also learning that I can inspire someone and leave the next steps up to them.
P. S. 3 million years later… xD
The last post was about Korea, this one’s about Korea, and somehow Korean Month on the blog organized itself. A bit like a themed promotion at Lidl, except instead of a sales flyer, you get K-dramas and mile-long digressions. It all came together rather nicely. 😂
After all these trips to Korea via my screen, it would be lovely to see it with my own eyes someday. I don’t have some grand bucket list. I tend to do whatever sounds fun at the time, and a trip like that could definitely find its way onto that spontaneous little list someday.
And if any of you are looking for an organized trip to Korea, here’s a name you can look up and ask for details: Kimiko. I haven’t been on a trip with them myself, so this isn’t a firsthand account. It just sounded interesting to me. No, nobody’s paying me for this. :P
I think I’d actually be more interested in seeing everyday life in Korea than in ticking off ten must-see attractions. Taking the subway and finding out whether I’ll actually get elbowed, like the stories say. 😂 Poking around Korean clothes shops and buying a bunch of little bits and pieces and souvenirs. Someone will be waiting for the blogger to pick out her bracelets. The blogger has just spotted another stall. Ooh, something shiny. And new earrings. Folks, who’d want that life? xD
I’d like to stop by a local market, take silly pictures in one of those photo booths, and come away with a strip of four photos where I’m making less and less of an effort to look serious in each one. Stock up on weird snacks at a convenience store, sit on the bench outside, chat with people. Finally try kimchi and Korean ramyeon, then have something good to eat at a little place run by an ajumma (a Korean term for a middle-aged or older woman) who’s been kneading her dumpling dough for fifty years and still puts just as much heart into it. And meet Wiola for coffee. That would be lovely. :)
Maybe I’d even get a free little croquette to go, just for my pretty eyes, as sometimes happens to me in Poland. 😊 (“For my pretty eyes” is a playful Polish expression for getting something without having to do anything for it.) Those are exactly the little things I love. Someone slips something extra into your bag, shares a few warm words, or does something small you might forget five minutes later. I don’t forget. I think those unassuming little moments account for quite a lot of what makes me feel that life is good.
And, finally, I’d have an iced Americano. Can you believe I’ve never tried one? All the more reason to put that right, because lately I’ve rediscovered my inner coffee lover. I was going to call it a coffee addiction, but until recently it didn’t really deserve the title. It’s starting to. 😂
For now, my idea of coffee heaven is plain old Nescafé, boiling water, and a splash of Oatly oat milk. All those fancy dairy extras leave me with a stomachache, so I won’t fall for a special offer at Żabka (a Polish convenience store chain) a second time. But if it’s a choice between coffee and hot chocolate, hot chocolate wins every time. #RandomFacts
And you know what? I’m kind of glad coffee is one area of my life I feel absolutely no need to complicate. I just pour boiling water over the coffee, add milk, spoon in the sugar, a million teaspoons, ofc, because, folks, drinking bitter coffee is an extreme sport as far as I’m concerned. Then I sit down, take a sip, and for a moment I think, “Life is good.” Well, I like the taste. 😄
Just so we’re clear, I think life is good the rest of the time, too. 😄 But there are simple moments when it somehow gets… good-er.
Maybe that’s why I’m also glad that coffee happiness, for me, doesn’t require a special machine, seventeen temperature settings, and a PhD in extraction. It’s a bit like music. I don’t need gold-plated plugs or equipment that would move an audiophile to tears for my favorite song to still be my favorite song. In some areas of life, it really is wonderful to just leave things uncomplicated.
Sometimes all it takes is a good cup of coffee and a quiet moment for me to think, “Oh, this is what a good day can look like, too.”
Of course I enjoy the big successes, too. I just don’t want ordinary Tuesdays to be a waiting room for the next big event.
I’m an optimist with a drop of realism. I know a positive outlook can help you spot opportunities and find the courage to go for them, but I don’t assume every dream has to come true. If anyone’s got a hundred percent success rate with manifesting, call me. I have a few questions. 😂 That’s why I don’t want to put off enjoying life until everything looks exactly the way I pictured it.
Good coffee, watching something inspiring, a walk, something delicious, a conversation that makes me forget to check the time. Writing, creating, coming up with an absurd caption for a video and laughing at my own idea, listening to people who have something good to say, watching my favorite podcasts at night. Those are just a few random things I can feel grateful for on a perfectly ordinary day.
I’d add rummaging through thrift stores to that list. I love having a good dig and seeing what turns up this time. Sometimes I go home with an empty bag because nothing’s quite my style. The fun of the hunt counts, too.
Meanwhile, Estetka in somebody else’s closet 😂 Kuwa, I’m funny. I crack myself up. xDDDDD (“Kurwa” is Polish for “fuck” here, but I dropped the “r” to keep it playful. So basically… fuk. xD) It’s a risk letting a blogger into your closet. She might just sneak out with your “perfect basic pieces” tucked under her arm. Kidding, of course. 😂
***
She said: Oh come on, a little checked one (diminutive — like “a cutesy checkered one”), a flashy little thing, a little blazer (said in baby-talk form), something dressy, one for the garden, one for a beer, for a little brewski, for a little wine, for a little vodka (all in affectionate diminutive form, as if talking to a pet), for a little tartare. (0:22) Look, fuck, it’s my size, but how fucking cool — black with red, flashy stuff. Oh, professor lady, oh, what fucking Doc Martens, real little leather (diminutive — “leather” said tenderly), flashy, crinkled black flashy ones.
***Note: In Polish, the speaker says almost every word in its diminutive (“cutesy”) form — “a beer” becomes “a little beer-y,” “vodka” becomes “a little vodka-kins,” even “leather” and “tartare.” Polish does this with a special grammatical ending that makes things sound tiny, affectionate, almost babyish. That’s what makes it so funny: he’s listing booze and chunky military boots in the same sweet, tender tone you’d use for a kitten. English has no real equivalent, so the humor is about 20% weaker in translation. 🤣
**
I’ve got new subs from abroad here, ladies and gents, so I suppose I ought to translate my jokes into English-ish, too. 😂
Speaking of peeking into other people’s closets, I once saw Macademian Girl’s wardrobe on TV, and a few things really caught my eye. She had some wonderfully unusual handbags. One was shaped like a ladybug or a wasp, I think. I can’t remember exactly, but I do remember liking the idea. I appreciate colorful clothes, too. I like color myself and, of course, a bit of glitter. ^^
My own expeditions between the racks at the thrift store tend to be on a slightly smaller scale. I’m the person who bought a pink coat for fall back in August, the kind you’d see on Emily in Paris. It’s boiling hot outside, people are looking for shade, and there goes Estetka carrying an enormous shopping bag… 😂 And speaking of Emily, there’s plenty of fashion in that show, too, but it’s the kind I enjoy: playing with color, ideas, and your own imagination. I actually wrote about the show once and linked to Netflix in that post. Later, a Polish storyline turned up in another season, so naturally my inner screenwriter had a theory ready to go: “Has someone been reading my blog?” Well, people do click on links. Maybe somebody noticed. 😂 Given my luck with things you’d never believe actually happened, my imagination has already decided it’s entirely plausible and started writing the anecdote. No evidence, but the plot’s ready. Let’s leave this particular mystery without a second season. xD If anyone from the show is reading, hi there. I’m available to play Passerby Number Five next season. I’ve already got the coat. xD
Also, folks, I got myself the coolest gloves at shop Deichmann! I haven’t been this happy with a purchase in ages. That kind of cutesy design goes straight to my little heart. Isn’t it adorable? 😄 I also got a unicorn clip and pinned it to my coat, because who’s going to stop me? :P Don’t worry, though, I’ve got serious clothes for serious people in my closet, too. #HardToBelieve :D
Maybe next time something catches your eye and a little voice in your head says, “Am I too serious for this?”, let your inner child have a say. Have a little fun with fashion: put together two colors you’ve never worn together, play around with accessories, or try on something you’ve always liked on someone else. Pinterest is full of inspiration and original ideas. Color has a vibration, too, so pick one that makes you smile the moment you see yourself in the mirror.
And that’s what I mean by those little moments of delight, whether it’s a coat, a show, or a kind gesture from someone. For me, gratitude starts with noticing what’s already here before I ask the Universe for the next thing. I can want more and still like my life as it is today. One doesn’t rule out the other. I also believe gratitude draws more good into our lives. It’s a bit like telling the Universe, “I like this,” and hearing it reply, “Yes, my lord, I’ll give you moar!” xD (“Moar” is my English version of “wincyj,” a playful Polish way of saying “more.”) Joking aside, that’s how I see it. Maybe not in five seconds, but pebble by pebble: a moment you appreciate, a kind gesture, a little more openness. Over time, that can add up to a whole lot of good.
And if, after reading this, someone notices even one thing that makes an ordinary day a little nicer, or does something they’ve been wanting to do for ages, that’s great. I know this turned into quite a ramble, but all sorts of people find their way here from Google. Someone came looking for a Korean thriller and got an unscheduled encounter with Estetka’s philosophy thrown in. 😂
I think today’s post falls into that category, too. Not every post has to do a narrative triple somersault and land on a punchline. Sometimes I just feel like telling you what I watched and throwing in a few anecdotes from my life and about life. No particular occasion. Like a chat over coffee, when one subject reminds you of another and the coffee went cold ages ago. 😄 Some of you have recently started following me on TikTok, so this is a chance for you to get to know me a little better, too. 😄
Of course, if I went to Korea, I’d have to end up in a karaoke room at least once. I do like to sing for real. The times I goof around and sing off-key on purpose for the plot obviously don’t count. Please don’t judge my vocal technique by the character I’m playing. Cambiooo dolorrr… #NameThatTuneInOneNote Of course it’s Zbuntowany anioł. (That’s the Polish title of the telenovela Muñeca brava, and I’m singing its theme song.) Haha, one point for me. Well, I couldn’t resist. It’s an inside joke when I’m running dungeons with my gaming buddies. :D
I’d also love to go behind the scenes of my favorite Korean variety show, the one I was already laughing myself silly over back in 2011. To see how they come up with the challenges, what’s planned in advance, and what only happens once the contestants let loose and the crew tries to keep up. After all these years of watching from the other side of the screen, that would be a pretty surreal experience. 😄 I’ll write about the show itself one day; the post is slowly hatching. Can’t use everything up all at once. Got to keep a few secrets. Unfortunately, I don’t speak Korean, so for now there’s one tiny problem with my plan: the only thing I’d really understand would be my own excitement. 😂
P. S. 4 This is not my account → www.instagram.com/pannaestetka. Whenever I start something new somewhere, it always ends up in the O mnie tab (About me).
I’ve been getting back into K-dramas lately, so a recommendation might pop up here from time to time. Are you interested, or not so much?
#TheyRaiseTheirHandsToGod
That’s what I thought. 😂
So for today, I’m turning off the ring light, hiding the keyboard from myself, and ending the livestream.
Every reader right now: “I was only going to take a quick look, and it took me three hours to read.” 😂 If your dinner’s gone cold, I wash my hands of it. Not my fault. xD
Estetka out. 🔎
I’ll Be Back, What Time Is It? Could that be a hint about a future post? Who knows. 🙃
“Guys, more riddles. This woman’s going to be the end of us.” xD
Żarciki prowadzącego na koniec :D
Clothes too dirty for the closet, but
too clean for the laundry?
Welcome to the chair xD
If you enjoy my little corner of the internet, like coming back here, and would love to see more posts, you can buy me a coffee or a hot chocolate to fuel my next few digressions. ☕😄
buycoffee.to/estetka
To pay by card, choose “Karta płatnicza” (Visa or Mastercard). ☕
Every bit of support is a lovely sign that what I write really does strike a chord, make someone laugh, lift their spirits, or simply brighten their day. ❤️
And as we all know, a well-hydrated Estetka means a better chance of new posts, new jokes, and more stories that were supposed to be short but ended up settling in and making themselves right at home. ✨
Follow me on:
Facebooku :)
.png)






.png)

.png)








.png)

0 komentarzy:
Prześlij komentarz
✔ Chcesz coś dodać? Napisz komentarz 😉:
(konto google, dodając link do własnej strony lub wybierając z paska opcję: Anonimowy.
Dopisz swój nick, wtedy będę wiedziała do kogo się zwracam 😊
✔ Komentarze są moderowane (wyświetlą się po zatwierdzeniu)