
Co Magusia lubi najbardziej w kwestii jedzenia?
Wiola z kanału: "Pierogi z Kimchi"
Największą siłą kanału jest jednak zwykła codzienność Wioli: odprowadzanie dzieci do przedszkola wszystkie drobne sprawy dnia codziennego. Lubię jej spacerki do sklepów, bo właśnie podczas nich najlepiej widać, jak potrafi zainteresować człowieka rzeczami, które u kogoś innego pozostałyby jedynie tłem. Komentuje otoczenie i odpowiada na pytania, relacjonuje wyprawy do piekarni, podrzuca ciekawostki oraz dokumentuje to dziwne znikanie ludzi z ulic, gdy tylko wychodzi z kamerką. Potrafi zachwycić się nowym ciachem, pięknymi kwiatkami czy faktem, że w okolicy powstał nowy ząbek (czytaj: dentysta). Opowiada również o swoich perypetiach fryzjerskich, w tym o słynnej grzywce "na Abbę", a kiedy ma wenę, dodaje do filmików zabawne efekty i scenki. Nie ma tutaj parcia na szkło, skoku na kasę ani sztucznego lansu ani udawania kogoś innego. Tu jest normalność, którą chce się oglądać.
Podczas tych wyjść często towarzyszy jej ulubiona mrożona kawa, Ice Americano, czyli święty Graal (mój ulubiony) wśród Koreańczyków, który Wiola namiętnie pije mimo zimna zawsze na... Ja już nawet nie mówię, że Ice Americano to styl życia Koreańczyków, bo chwilami wygląda tam jak niemal kolejna religia ^^. Patrząc na to wszystko, zaczynam się zastanawiać, czy w Korei ktokolwiek pija gorącą czekoladę nie licząc Wioli i Sonu w świątecznym odcinku. Jak wiadomo tak mocno nie daje mi to spokoju, ponieważ sama należę do tego fanklubu. W Żabce zamawiam ją w ciemno, bo nigdzie nie robią lepszej. No dobrze, czasami zdarzy się, że zdradzę ją z latte, kiedy uzbieram odpowiednią liczbę punkcików i czuję, że zaraz zasnę. Żabka trzy kroki od domu to jednak luksus, szczególnie kiedy dni robią się coraz krótsze, na horyzoncie pojawia się jesień, a wraz z nią ochota na małe słodkie co nieco (Kawa tiramisu, sezamowe latte i różowe cherry blossom latte - 3 napoje z Korei :)
Zaraz za nią przychodzi zima, podczas której Wiola potrafi chodzić w długim płaszczu i ocieplanych papciach, a ja w tym samym czasie marznę w stopy od samego patrzenia na prognozę. W Korei ubolewam właściwie nad dwiema rzeczami: tutejszą modą opartą głównie na czerni i bieli (gdzie kolory ja się pytam?) oraz tym, że zamiast żywej, roślinnej zieleni wszędzie wokół dominuje beton, w przeciwieństwie do mojego rodzinnego miasta, gdzie na każdym kroku jest zielono. Skoro jednak małe narzekanie mamy za sobą, to lecimy dalej.
To jest ten typ kanału, na którym nawet gdy "nic się nie dzieje" jak mawiał Hophins FBI, dzieje się dokładnie to, co ma się dziać i to jest supcio. Ja zdecydowanie należę do oglądaczy, którzy pamiętają jeszcze fenomen sklepu mięsnego, tak że tego… #WidzNaMedal. Oglądam Wiolę niemal od początków jej nagrywania, więc jestem takim widzem-Pokémonem z linii premium: pamiętam nawet, jak wcinała ciasteczka z fasoli, wożąc Sonu w wózeczku.
Nie mogę jednak przypisać sobie zasługi za odkrycie tego kanału. To internetowe miejsce wypatrzyła moja mama, która trafiła na Wiolę, gdy kanał istniał zaledwie od miesiąca, i od razu mi ją poleciła: "Masz tu fajny kanał, na pewno spodoba Ci się ten luz". Do dzisiaj sama jest zapaloną oglądaczką, więc uczciwie oddaję jej palmę pierwszeństwa. No i miała rację, jak zawsze w sprawach najwyższej wagi - dział: relaks. O, jak miło się zrobiło ;)
Można by więc pomyśleć, że jako widz z takim stażem regularnie melduję się w komentarzach. Otóż nie. Jestem z tych osób, które na YouTubie piszą komentarze raczej od święta, a ostatnio w ogóle rzadko odzywam się gdziekolwiek w Internecie, chociaż staram się to zmienić.
Przerwa na reklamy w SiemankoTV
The best of the best
W poniższych filmikach Wiola przeżywa najróżniejsze perypetie: szuka śledzi w Korei, rozmawia z polskim zakonnikiem w Busan, odwiedza polską piekarnię i zalicza wiele innych atrakcji. Pokazuje zarówno codzienne życie w stolicy, jak i mniej oczywiste, bardziej tradycyjne zakątki kraju. Szczególnie lubię też oglądać jej odwiedziny u koreańskiej rodziny.
Osobne miejsce w moim serduszku ma seria o Polakach mieszkających w Korei. Zawsze ciekawi mnie, co właściwie przywiało naszych rodaków na drugi koniec świata, czym się tam zajmują i jak wygląda ten kraj oglądany właśnie ich oczami. Jedni studiują na koreańskich uniwersytetach (płeć piękna) i opowiadają, jak wyglądają tam zajęcia, nauka języka oraz życie studenckie. Inni pracują, prowadzą własne biznesy, wychodzą za mąż albo po prostu układają sobie w Korei zwyczajne-niezwyczajne życie. Każdy ma inną historię i trochę inne spojrzenie, dzięki czemu nie dostajemy jednej pocztówkowej wersji Korei, tylko kilka różnych obrazów tego samego kraju. To trochę podróż, trochę reportaż, a trochę odpowiedź na pytanie: "Rodaku, jak Ty się tam właściwie znalazłeś?". Bardzo dobrze mi się to ogląda i zdecydowanie poproszę więcej takich odcinków.
We vlogach pojawiają się też perypetie życia na koreańskim osiedlu, anegdoty o jeździe windą #OparteNaFaktach ;D #Żarcik^^ oraz historie o zakorkowaniu połowy koreańskiego parkingu #ŁączęSięWBólu. Są również wyprawy do punktu medycyny naturalnej - szczerze polecam akupunkturę - spacerki do sklepów i po kawkę, jazdę metrem i wycieczki, jak choćby na wyspę Jeju (Czedżu). Mój mózg i tak czyta tę nazwę dokładnie tak, jak się ją pisze… no #NiDyRyDy inaczej ;)
Odcinki Wioli, od których warto zacząć
"PRZEPIS NA KIMCHI…" - absolutny klasyk, ta mina robi robotę ^^
"Przepis na PIEROGI Z KIMCHI…" - temat "pierożkowy", a do kompletu dostajemy jeszcze małego, uroczego Sonu.
"Udało się! Dorwałam śledzia!" - ten "śledź w Korei" to już prawie running gag. Odcinek-legenda. Śledź w Korei to nie zwyczajne jedzenie to quest poboczny z gry RPG, tylko zamiast miecza masz reklamówkę i determinację.
"Czas zmienić nazwę kanału? Śledź z kimchi?!" - metażarcik najwyższej jakości. Tutaj już widać, że Wiola ma tę supermoc: nawet z jednego śledzia potrafi zrobić całą sagę. I ja to kupuję bez pytania.
Jeju, czyli vlogi z wyspy: "Polka sama, na koreańskiej wyspie…" - ten odcinek działa jak wyjazd na urlop z koleżanką, tylko bez ruszania się z kanapy. Krajobrazy, jedzonko, targ i nagle pojawia się w głowie pytanie: "Czy ja właśnie potrzebuję biletu do Korei… czy kolejnej herbaty?".
"Odwiedziłam niesamowitego Polaka w Korei - Mnicha..." - polski zakonnik w Busan i mocny wątek "Korea plus polskie ślady". Ciepły odcinek z klimatem: trochę wzrusza, trochę bawi, a na końcu i tak czujesz się jak po rozmowie z kimś mądrym.
"Jedyna POLSKA PIEKARNIA w Korei…" - oglądasz i nagle przypominasz sobie zapach piekarni z dzieciństwa, tylko że tym razem jesteśmy w Seulu. Od czasu tego odcinka namiętnie śledziłam ich koreańskie poczynania "od kuchni", aż do zmian lokalowych. Później jakoś straciłam ich z radaru, a teraz podróżują po świecie. Nie wiem, dlaczego ostatecznie zrezygnowali z planów rozwijania piekarni w Seulu i może ktoś mnie oświeci. Szkoda, bo ten polski element miał potencjał, żeby rozrosnąć się w całą serię piekarni i śmiało konkurować z "Paryską Bagietą".
"Rzeczy, których lepiej nie robić w Korei" - konkretny format zawierający informacje, które mogą uratować człowiekowi życie towarzyskie. Odcinek dla tych, którzy wolą zawczasu wiedzieć, co wolno, a czego lepiej nie robić, zanim zaliczą międzynarodową wpadkę.
"Jakim cudem ludzie w Korei odmłodnieją o rok lub dwa!?" - kulturowy mind-blow, który uwielbiam. Człowiek ogląda i nagle czuje, jak mózg robi mu salto: "Chwila, czyli ja mam… ile lat?!".
"100 dni Jony - pierwsze sto dni dziecka w Korei" - ciepły, totalnie rodzinny odcinek. Taki, po którym myślisz: "Okej, to jest urocze, proszę o więcej".
"Koreański Vlogmas [odc. 1] Świąteczne zakupy w Daiso najlepszym sklepie w Korei!" - kto lubi filmiki z zakupów? Wszyscy. Daiso plus święta, czyli pełen pakiet szczęścia. Ten odcinek ma vibe: "Poszłam po jedną rzecz, wyszłam z piętnastoma i każda była potrzebna".
"Mój ŚLUB W KOREI…" - inna tradycja, niepowtarzalny klimat i takie poczucie, że serio kibicujesz tej historii. Do kompletu dorzucam jeszcze tradycyjny koreański strój.

Sceny po napisach...
Bo wiecie, jeśli ktoś szuka tu idealnie wymuskanego bloga lajfstajlowego, gdzie wszystko jest beżowe, gładkie i od linijki, to trafił pod zły adres. To jest blog domowy: miły, czasem z literówką, z humorem, luzem i pełną wolnością od grania roli „poważnego człowieka z poważnym życiem”. Bo poważnych rzeczy i tak mamy wokół po kokardę.
Tutaj ma być trochę jak w domowej kuchni: ciepło, swojsko, czasem coś wykipi z garnka, ale przynajmniej jest prawdziwie i z sercem. I chyba właśnie do tego sprowadza się cały ten mój blogowy vibe "Żyj bardziej po swojemu, a mniej pod opinię ludzi, którzy i tak zawsze będą mieć coś do powiedzenia".
Na szczęście koniec końców udało mi się go uratować, ale nie dzięki superowemu hakerowi czy magikowi od kompów, tylko dzięki Gemini AI, który odratował mój laptop z otchłani niczym Gandalf po spotkaniu z Balrogiem. Choć na pierwszy rzut oka (i na drugi też) wyglądało na to, że mój sprzęt również będzie całkowicie nie do użytku. Bo przecież jak komputer wywala Ci okienko w BIOS-ie, to skąd masz wiedzieć, co tam naklikać? Akurat jakieś większe grzebanie w komputerze to nie jest moja specjalność.
Dalej nie wierzyłam w powodzenie tej misji, bo mój optymizm życiowy kończy się dokładnie tam, gdzie zaczyna się elektronika. I tak: cyk zdjęcie, pyk do czatu. I ten skubaniec jeden bez problemu przeprowadził mnie przez jakieś skomplikowane procedury: od pendrive’ów z Windowsem, przez zmiany w kodzie, aż po sprawdzanie dysków i cuda-niewidy. Na szczęście dyski okazały się sprawne! I po jakimś czasie ożył.
Więc jeśli macie wynieść dwie rzeczy z dzisiejszego posta to poza tą oczywistą, czyli kogo oglądać do popołudniowego rosołku, czyli Wiolę - przejrzyjcie własne pliki i zaktualizujcie kopie dokumentów, haseł oraz zakładek. Bo jak wiadomo, najlepiej uczyć się na cudzych błędach :)
Jeśli lubisz ten mój internetowy kącik, lubisz tu wracać i chcesz, żeby pojawiało się więcej postów, możesz postawić mi kawę, czyli małe paliwo do kolejnych opowieści. ☕😄 Jeśli choć raz coś tutaj poprawiło Ci humor, podsunęło coś ciekawego do obejrzenia, przeczytania albo ogrania lub po prostu umiliło Ci dzień — możesz pomóc, żeby ten mój kawałek Internetu dalej sobie rósł. ❤️
Każde takie wsparcie to dla mnie bardzo miły znak, że to, co piszę, naprawdę do kogoś trafia — takie małe: „hej, pisz dalej, ja tu zaglądam”. ❤️
A jak wiadomo — dobrze napojona Estetka to większa szansa na kolejne śmiechy, absurdalne dygresje i historie, które miały być krótkie, a potem same się rozsiadły jak u siebie. ✨☕














0 komentarzy:
Prześlij komentarz
✔ Chcesz coś dodać? Napisz komentarz 😉:
(konto google, dodając link do własnej strony lub wybierając z paska opcję: Anonimowy.
Dopisz swój nick, wtedy będę wiedziała do kogo się zwracam 😊
✔ Komentarze są moderowane (wyświetlą się po zatwierdzeniu)